Ciekawostki

Ciekawostki

Pyszne egzemplarze

Korzystanie z automatycznych translatorów może się skończyć katastrofą. Chyba nie byli tego świadomi autorzy broszurki, którą prezentujemy poniżej. My jesteśmy zachwyceni, ale chyba nie o taki zachwyt chodziło twórcom tego cuda. :)

Kategoria: 

Zawód kobiety

Od dłuższego czasu, nie tylko ze względu na działalność feministek, dostrzega się pewien istotny problem, z którym zmagają się użytkownicy języka polskiego – brak żeńskich form nazw zawodów. Rzeczywistość wokół nas się zmienia i kobiety coraz częściej zajmują stanowiska dotychczas zarezerwowane tylko dla mężczyzn, co stwarza konieczność znalezienia słów, którymi można by je określić. O ile bowiem nie mamy kłopotu z od dawna zadomowioną w polszczyźnie lekarką, nauczycielką czy sekretarką, o tyle gdy trzeba jakoś określić kobietę strażaka, prezydenta czy chirurga, zaczyna się nam plątać język. Jakich form użyć? Strażaczka, prezydentka czy chirurgini (bo chyba nie chirurżka?…) brzmią co najmniej dziwnie…

To „dziwne brzmienie” wynika przede wszystkim z tego, że słowa te są nadal dość rzadko (jeśli w ogóle) używane, więc Polacy nie zdążyli się jeszcze z nimi oswoić, „osłuchać”. Im częściej jednak używa się jakiegoś nowego słowa, tym większe szanse na jego zaadaptowanie się w polszczyźnie na stałe. Najlepszym przykładem jest tu posłanka – słowo, które do niedawna nie istniało (a przy tym zostało utworzone w nietypowy sposób), ale upowszechniło się ze względu na duże zapotrzebowanie na określenie kobiety parlamentarzystki, a także dzięki niemałemu wkładowi mediów. Niewykluczone więc, że niebawem bez obiekcji zaczniemy używać także pozostałych żeńskich form nazw zawodów i stanowisk.

Wydaje się, że właśnie na to liczą feministki, które od dłuższego czasu konsekwentnie propagują takie nazwy. To przede wszystkim one stosują w swoich wypowiedziach określenia takie jak ministra, psycholożka, prezeska, a nawet naukowczyni. Słowa te mają jednak tylu przeciwników, ilu zwolenników. Jedni uważają je za potrzebne i „poprawne politycznie”, inni piętnują je jako sztuczne, źle brzmiące, a nawet deprecjonujące. Ten ostatni argument bierze się z tego, że słowa typu dyrektorka, doktorka i profesorka (a więc utworzone przez dodanie końcówki -ka do formy męskiej) rzeczywiście są nacechowane nieco lekceważąco i żadna pani dyrektor, doktor czy profesor raczej tak o sobie nie powie. Do problemu dziwnego, bo nietypowego brzmienia tego rodzaju określeń dochodzi więc problem mniejszego prestiżu, który one za sobą niosą. W ocenie większości użytkowników języka formy typu pani prezes czy pani sekretarz towarzystwa naukowego są o wiele bardziej nobilitujące. Warto nadmienić, że w przypadku tego ostatniego określenia mamy co prawda słowo sekretarka, ale stosuje się je jedynie w odniesieniu do funkcji mniej prestiżowej.

Jak więc radzić sobie z oporem materii językowej? Można starać się ominąć problem, używając konstrukcji omownych (a więc niestety długich i niewygodnych) w rodzaju kobieta strażak czy profesor, który jest kobietą. Można iść za głosem feministek i uparcie, nie bacząc na nacechowanie, trzymać się propagowanych przez nie wyrazów z nadzieją, że kiedyś przestaną one budzić kontrowersje. I można też… organizować plebiscyty. Ten ostatni sposób wybrali przedstawiciele Miejskiego Przedsiębiorstwa Komunikacyjnego z Poznania, którzy zaprosili mieszkańców miasta do wspólnego wymyślenia słowa, którym można by określić kobietę kierowcę. Zwycięzcą, a raczej zwyciężczynią konkursu została kierowczyni. Pozostaje tylko czekać, aż ten na razie dość podejrzanie brzmiący wyraz przyjmie się wśród użytkowników języka…

Nie ulega wątpliwości, że zapotrzebowanie na określenia nazw stanowisk i zawodów kobiet istnieje i zwiększa się w miarę jak panie podbijają kolejne obszary dotychczas męskiej działalności. Można oczekiwać, że za kilka, kilkanaście lat problem sam się rozwiąże i pojawią się słowa powszechnie używane i niebudzące wątpliwości. Na razie jednak tkwimy na etapie przejściowym. Język żywo reaguje na zmiany rzeczywistości pozajęzykowej, jednak zmienia się powoli.

Więcej informacji:
http://www.wiadomosci24.pl/artykul/przyszla_strazaczka_do_doktorki_feminizacja_jezyka_po_polsku_16803.html
http://www.polityka.pl/spoleczenstwo/artykuly/299523,1,feminizm-w-jezyku-polskim.read

Kategoria: 
Tagi: 

Jak się dogadać na współczesnej wieży Babel?

„Padamy ofiarą szkolnego podejścia do nauki języka obcego, które obsesyjnie koncentruje się na naszych błędach. Dlatego zamiast się cieszyć, że umiemy się dogadać, myślimy o tym, jak kulawo nam to idzie. I wciąż zaczynamy naukę od początku. Zwykle szybko rezygnujemy i nigdy nie wychodzimy poza podstawy. A nowoczesne podejście do nauki języków głosi: ucz się tylko tyle, ile ci potrzeba. Nie musisz być dwujęzyczny – lepsza jest różnojęzyczność”, twierdzi metodyk języka angielskiego doktor Grzegorz Śpiewak w wywiadzie z Olgą Woźniak, opublikowanym na stronach tygodnika „Przekrój”. Zachęcamy do lektury całości rozmowy i – być może – zmiany podejścia do nauki języków.

Kategoria: 

Swoje ganicie, cudzego nie znacie

Jak się okazuje, karkołomne tłumaczenia tytułów filmów nie są wyłącznie polską domeną. Poniżej przedstawiamy wybrane przykłady wpadek zagranicznych dystrybutorów – oryginalny tytuł filmu oraz dosłowne anglojęzyczne tłumaczenie tytułu, pod jakim wyświetlano go w niektórych krajach.

Army of Darkness – Captain Supermarket (Japonia)
Dodgeball – Full of the Nuts (Niemcy)
Knocked Up – Slightly Pregnant (Peru)
Annie Hall – The Urban Neurotic (Niemcy)
Thelma & Louise – An Unexpected End (Meksyk)
Die Hard With a Vengeance – Die Hard: Mega Hard (Dania)
Eternal Sunshine of the Spotless Mind – If You Leave Me, I Delete You (Włochy)
The Naked Gun – The Gun Died Laughing (Izrael)
Boogie Nights – His Great Device Makes Him Famous (Chiny)
Lost in Translation – Meetings and Failures in Meetings (Portugalia)
Grease – Vaseline (Argentyna)

Kategoria: 
Tagi: 

Mizeria w menu

Próbując wczuć się w rolę cudzoziemca spragnionego specjałów polskiej kuchni, z łatwością wyciągniemy wniosek, że jedną z pierwszych rzeczy, na które zwróci on uwagę po wejściu do baru czy restauracji, jest niewątpliwie menu – istotne nawet bardziej niż wystrój, przyjemna atmosfera i kompetentna obsługa. Wydawałoby się zatem, że karty dań i ich poprawne tłumaczenie na języki obce powinny być przedmiotem największej troski właścicieli restauracji, okazuje się jednak, że w Polsce ich stan pozostawia wiele do życzenia. Pomijamy sytuacje, w których menu po prostu nie jest tłumaczone na inne języki. Kto wie, czy nie gorzej jest, jeśli tłumaczenia istnieją, ale są niepoprawne, co nie tylko wprowadza w błąd zagranicznych gości, lecz także źle świadczy o stosunku restauratorów do klienta. Jak bowiem dowodzi przeprowadzony przez nas rekonesans, wizyta w restauracji może być dla cudzoziemca co najmniej zabawnym, jeśli nie przerażającym doświadczeniem. Dlaczego? Przyjrzyjmy się, jakich doznań kulinarnych może się spodziewać niemówiący po polsku klient naszych restauracji.

Tłumaczenia kart dań na język angielski – na tym bowiem języku się skupimy – są pełne niewłaściwych sformułowań i literówek, co można by litościwie przemilczeć, gdyby nie prowadziło to w niektórych przypadkach do bardzo poważnych zakłóceń komunikacji. Czasami błędy są na tyle znaczne, że cudzoziemcy mogą powziąć zupełnie niewłaściwe mniemanie o tym, co może się znaleźć na ich talerzu. Przykłady można mnożyć. Tak oto w popularnej warszawskiej pizzerii nieopodal Nowego Światu wśród deserów znalazła się… mysz cytrynowa z bitą śmietaną (lemon mouse with whipped cream), a do sałatek dodaje się słodki róg (sweet horn, zapewne pomylony z kukurydzą – sweet corn). Te niewątpliwie wyszukane specjały można popić iskrzącą wodą ze straganu (stall and sparking water). W bardziej prestiżowych restauracjach jest niewiele lepiej. We flagowej restauracji znanej restauratorki udzielającej się na co dzień w mediach cudzoziemiec może na przykład posmakować aktualnej czarnej galaretki (black current jelly) – być może ta niezwykła nazwa pozwoli mu przynajmniej mieć nadzieję, że deser będzie świeży… Jeśli zaś sama galaretka okaże się daniem zbyt skromnym, by zaspokoić głód, zawsze można zmienić lokal i w chińskiej restauracji na placu Teatralnym poddać się prawdziwemu kulinarnemu eksperymentowi – spróbować pluszowej kaczki z imbirem i warzywami (teddy duck with ginger and vegetables). W kolejnym lokalu pretendującym do miana ekskluzywnego, restauracji mieszczącej się w samym sercu Starówki, w angielskiej karcie dań znajdziemy stary polski zaledwie bulion (old polish [sic!] barely broth), intrygujące połączenie trzewi wołowych z ciasteczkami (beef entrails with cakes), a także dziwaczne kombinacje wielojęzyczne, jak rind-pork loin with green pfeffer sauce czy chop de Volaille mit Nüssen.

Korzystając z pięknej letniej aury, wielu przybyszów z zagranicy zawita z pewnością do naszych znanych miejscowości wypoczynkowych. Zmartwi ich więc zapewne wiadomość, że fatalne tłumaczenia kart dań nie są bynajmniej domeną wyłącznie restauracji zlokalizowanych w stolicy. Gdyby więc jakiś turysta podczas wakacyjnych wojaży trafił do pewnej popularnej sopockiej restauracji, zyska nieocenioną możliwość oderwania się od niewymagających lektur plażowych i zmierzenia się z prawdziwą intelektualną łamigłówką w postaci tajemniczych nazw potraw takich jak penne z szynką i „kulinem” (penne with ham with kulin creme souce) czy ryba podawana z „risotto alliaceous” (served from rissotto alliaceous in sauce from green pepper). Nazwa tego ostatniego dania niewątpliwie brzmi bardziej wyszukanie niż zwyczajne „risotto czosnkowe” (garlic risotto), kto wie zatem, czy tego rodzaju zabieg językowy nie był przemyślanym chwytem marketingowym. Na drugim końcu Polski wielbiciele gór też znajdą coś dla siebie – w zakopiańskiej restauracji tradycyjnej mogą pokusić się o pieczone jabłka z przemoczonymi śliwkami (baked apples with soaked plums)…

To tylko kilka przykładów niepoprawności i niechlujstwa angielskich wersji menu. Jeśli dodać do tego literówki, od których roją się anglojęzyczne karty dań (by wymienić tylko kilka: cocumber, mushroms, yogurt, garlik, carp soute, spring water-bassed soup, one chuge cutlet…), oraz wielką niespójność tłumaczeń (w naszych poszukiwaniach natrafiliśmy na przykład na kilka odpowiedników nazwy „pierogi” – m.in. dumplings, pieroshki, piroshki, pierogis, pierogies), wyłania się z tego dość ponury obraz polskiej gastronomii. Ostrzegamy zatem: wybranie się z zagranicznymi przyjaciółmi do polskiej restauracji może być ryzykowne i wymaga anielskiej cierpliwości, niezbędnej do wyjaśnienia cudzoziemcom, co tak naprawdę autorzy menu mieli na myśli. Zadziwiająca jest przy tym obojętność, z jaką właściciele restauracji podchodzą do czegoś, co przecież stanowi wizytówkę ich firmy. W jednej z toruńskich kawiarni na przykład przez kilka lat można było natrafić na karty dań poprawione długopisem przez gościa, który nie mógł zapewne znieść kaleczenia angielszczyzny. Dopiero w tym roku podjęto nareszcie trud wydrukowania ich na nowo, tym razem bez kompromitujących błędów.

Zadziwiające jest to, że kwestia mająca tak wielki wpływ na wizerunek Polski – którą chcielibyśmy przecież postrzegać jako nowoczesny kraj, nie tylko w sensie geograficznym leżący w centrum Europy – jest do tego stopnia spychana na margines. Jednym z celów kampanii społecznościowej Translate Poland zainicjowanej przez Agencję MAart jest walka z tego rodzaju obojętnością na kwestie językowe w przestrzeni publicznej. Na stronie internetowej projektu (http://www.translatepoland.pl) można znaleźć liczne propozycje tłumaczeń nazw potraw. Skorzystanie z tych podpowiedzi z pewnością ułatwiłoby życie cudzoziemcom i pozwoliłoby nam nieco zyskać w ich oczach.

Kategoria: 
Tagi: 

Wielojęzyczność w pytaniach i odpowiedziach

Zachęcamy do zmierzenia się z quizem dotyczącym języków europejskich zamieszczonym na stronie internetowej Komisji Europejskiej pod adresem http://ec.europa.eu/education/languages/quiz/quiz3964_pl.htm. Quiz składa się z kilkudziesięciu pytań. Jego wyniki można poznawać na bieżąco, a dociekliwi ucieszą się zapewne z wyczerpujących komentarzy, którymi opatrzona jest każda odpowiedź.

Każdego dnia na stronie pojawia się nowe pytanie, warto więc zaglądać na nią regularnie.

Powodzenia!

Kategoria: 

Mistrz Mowy Polskiej

W tym roku już po raz dziesiąty rozstrzygnie się plebiscyt na Mistrza Mowy Polskiej – osobę, która według Polaków zasługuje na uznanie ze względu na poprawność, estetykę i klarowność swoich wypowiedzi.

Program Mistrz Mowy Polskiej powstał w grudniu 2000 roku z inicjatywy magazynu konsumenta „Solidna Firma”, a twórcą jego koncepcji był Bogdan Chojna – autor wielu istniejących do tej pory programów, akcji społecznych i konkursów gospodarczych. Wyboru Mistrza dokonuje grono ekspertów złożone z wybitnych językoznawców; swojego laureata wybierają także czytelnicy, internauci i widzowie. W jury programu zasiadali profesorowie Jerzy Bralczyk, Bolesław Faron, Andrzej Markowski, Jan Mazur, Jan Miodek, Walery Pisarek, Jerzy Podracki i Halina Zgółkowa.

We wszystkich dziesięciu edycjach do konkursu zgłoszono około 950 kandydatów, z czego nominowanych było 117 osób, a laureatami zostało 30. Znaleźli się wśród nich między innymi: Stefania Grodzieńska, Gustaw Holoubek, Jeremi Przybora, Hanka Bielicka, Tadeusz Sznuk, Jan Nowak-Jeziorański, Artur Andrus, Wojciech Mann, Władysław Bartoszewski, Andrzej Turski, Marcin Wolski, Krzysztof Zanussi, Bohdan Tomaszewski. Oprócz laurów Mistrza Mowy Polskiej przyznawano także liczne nagrody specjalne, takie jak Mistrz Mowny, Mistrz Rozmowy, Wawrzyn Mowy Polskiej, Mistrz Rozmowy o Mowie, a także Vox Populi.

Wśród tegorocznych kandydatów do tytułu Mistrza Mowy Polskiej znaleźli się: Artur Andrus, Małgorzata Domagalik, Maciej Orłoś, Andrzej Poniedzielski, Irena Santor, Włodzimierz Szaranowicz, Beata Tadla, Jerzy Trela, Grzegorz Turnau, Stanisław Tym, Jan Ptaszyn Wróblewski, Michał Żebrowski.

Rozstrzygnięcie plebiscytu już dzisiaj podczas uroczystej Gali Finałowej.

Więcej informacji: http://www.mistrzmowy.pl.

Tegoroczni laureaci plebiscytu to Artur Andrus, Jerzy Trela i Stanisław Tym. Nagrodę specjalną – Wawrzyn Mowy Polskiej – otrzymał Ryszard Kaczorowski. Nagrodę Vox Populi zdobyła Beata Tadla.

Kategoria: 
Tagi: 

Miodzie, jestem domem!

Poniżej zamieszczamy zabawny dialog w mistrzowskim tłumaczeniu Stanisława Barańczaka…

Husband: Honey, I’m home! Mąż: Miodzie, jestem domem!

Wife: Is that you Tommy? Finally! What took you so long? Żona: Czyż jesteś to ty Tomy? Finalnie! Co cię wzięło takiego długiego?

Husband: Come, come, Jennifer, don’t get upset. Mąż: Przybądź, przybądź, Jenniferze, nie uzyskuj przewagi jednego seta w meczu tenisowym.

Wife: Why, you’ve certainly taken your time this time? Żona: Dlaczego, ty z pewnością zabrałeś swój czas tymczasem?

Husband: It’s a jungle out there, my dear. Traffic jams every freaking five minutes, pardon my French. How was your day, by the way? Mąż: To jest dżungla tam na zewnątrz, moja zwierzyno płowa. Dżemy sklepików tytoniowych każde zakręcone pięć minut, ułaskaw mojego Francuza. Jak był twój dzień na poboczu drogi?

Wife: Nothing out of the ordinary. Your mother called to complain that you don’t call her often enough. Your son broke another two front teeth playing ice hockey. The garbage people are on strike. I washed the kitchen floor and now my back is killing me. My allergies are a pain-in-the-neck as well. And this foul weather gives me a hell of a pleasant feeling to boot. Other than that, my life is a typical suburban housewife ran its everyday course smoothly today. In any case, dinner is served. Żona: Nic poza obrębem czegoś ordynarnego. Twoja matka wołała narzekać że ty ją wołasz nie często dosyć. Twój syn złamał jeszcze jedne dwa zęby frontowe grając na hokeju z lodu. Śmieciarze są na uderzeniu. Wyprałam kuchenne piętro i teraz mój tył zabija mnie. Moja alergia jest bólem-w-szyi jako studnia. I ta niesportowa pogoda daje mi piekło proszącego czucia do buta. Inne niż to, moje życie jako typowej podurbanistycznej domowej żony biegło swój każdodzienny kurs gładko dziś. W dowolnym futerale, obiad jest obsłużony.

Husband: Can you fix me a stiff drink first? Mąż: Możesz ty zreperować mi jakis sztywny napój, po pierwsze?

Wife: Out of question. The food is getting cold. Besides, why don’t you fix one for yourself? I have my hands full, tossing the salad. Żona: Na zewnątrz pytania. Żywność jest dostająca chłodu. Obok, dlaczego ty nie zreperujesz jednego dla siebie sam? Ja mam ręce pełne, podrzucając sałatę.

Husband: All right then. I’ll get myself a can of Bud from the icebox. What are we having tonight? Mąż: Wszystko na prawo wtedy. Dostanę sobie puszkę Pąku z lodopudła. Co jesteśmy mający tej nocy?

Wife: You didn’t expect anything fancy, did you? What we have tonight is ever-so-popular hamburgers and fries from Burger King. There’s nothing like the regular meat-and-potato kind of stuff. (Aside) I think I’m gonna throw up. Żona: Ty nie oczekiwałeś żadnej wymyślnej rzeczy, oczekiwałeś ty? Co my mamy dziś, to są zawsze-tak-popularni szynkowi mieszczanie i smażonki z Mieszczanina Króla. Tam jest nicość przypominająca regularny mięsno-kartoflany rodzaj substancji. (Leżąc na boku) Myślę, że jestem gonną w trakcie rzutu wzwyż.

Husband: Just what the doctor ordered. You know I’m basically your meat-and-potato kind of guy. Mąż: Sprawiedliwe jest to, za co doktor dostanie order. Ty wiesz, podstawowo ja jestem twój mięsno-kartoflany rodzaj faceta.

Wife: Let’s change the subject. Speaking of beer, don’t you think you drink too much? Żona: Pozwólmy nam zmienić poddanego. Mówiąc o piwie, ty nie myślisz ty pijesz za dużo?

Husband: Me? Are you kidding me, baby? Look, I never get drunk. I drink nothing but beer, and more often than not, light beer, like Bud Lite. Mąż: Mnie? Jesteś robiąca mnie w dziecko, niemowlaku? Patrz, ja nigdy nie dostaję pijaka. Ja nie piję nic, ale piwo, i – bardziej często niż nie – świecące piwo, jak “Światło Pąkowia”.

Wife: Well, I don’t know. Żona: Studnia, ja nie wiem.

Husband: O.K., a Martini or two now and then, but that’s social drinking. That doesn’t count. I wouldn’t touch hard liquor with a ten-foot pole, except on the rocks or with lots of soda. Mąż: O.K., jakiś Martini albo dwóch Martinich każde teraz i potem, ale to jest picie socjalne. Tego nie robi hrabia. Ja twardego likieru nie dotknąłbym Polakiem o dziesięciu stopach, z wyjątkiem na skałach albo z parcelami sody.

Wife: See? I rest my case. Żona: Biskupstwo? Wypoczywam mój przypadek gramatyczny.

Husband: Now what are you trying to tell me? That I’m a basket case? That I don’t have the guts to kick a habit? Mąż: W chwili obecnej, co jesteś próbująca mi powiedzieć? Że jestem wiklinową gablotką? Że nie mam jelit, aby dać kopa komuś w habicie?

Wife: Calm down. Don’t raise your voice. Let’s not let your drinking problem bother us now; instead, let’s sit down and have our dinner. Żona: Uspokój się na dole. Nie hoduj swojego głosu. Pozwólmy nam nie pozwolić twojemu problemowi napojowemu denerwować nas teraz; zamiast, pozwólmy nam siąść w dół i mieć nasz obiad.

Husband: Fine with me. So, the French fries! Boy, am I starved. Mąż: Wyrafinowani ze mną. Toteż, Francuz smaży! Jako chłopak, jestem ja wygłodzony.

Wife: Help yourself. Żona: Pomagaj swojej jaźni.

Husband: Pass the salt, will you? Mąż: Przeminie sól; ty też?

Wife: Here we go. Żona: W tym kierunku idziemy.

Husband: And ketchup. These two burgers look real great. Mąż: I doganiamy. Ci dwaj mieszczanie spoglądają prawdziwi, wielcy.

Wife: You may have mine. (Another aside – For some reason, I’m not particularly hungry at this point). Żona: Możesz mieć kopalnię. (Przewraca się na drugi bok – Dla jakiegoś rozumu, nie jestem ani cząsteczkowo głodna przy tym czubku).

Husband: You don’t know what you ‘re missing. Mąż: Nie wiesz, do czego chybiasz.

Wife: I’m missing the boat, that’s what I’m missing. Żona: Chybiam do łódki, to jest to, do czego chybiam.

Husband: What are you talking about? Mąż: Czym jesteś ty mówiąca o?

Wife: Years go by, and I move in a rut. This may be my last chance. There are still those things I’ve always dreamed of doing. Like, for instance, being a Florence Nightingale. A black singer. A Hillary Clinton, even. Enough is enough. Our relationship has never really worked, anyway. Another day like this, and I’m going to pieces. I’m nobody’s slave. I need more space. Żona: Lata jeżdżą obok, a ja wzruszam w bruździe. Tegoroczny maju, bądź moim ostatnim przypadkiem! Tam są nieruchome te rzeczy, ja zawsze marzyłam o robieniu których. Jak, dla instancji, bycie Florenckim Słowikiem. Czarną maszyną do szycia. Hilarym Clintonem, parzystym. Dosyć jest dosyć. Nasz statek do przewozu krewnych nigdy naprawdę nie pracował, dowolną drogą. Jeden inny dzień jak ten, i ja jestem idąca w kierunku kawałków. Ja jestem bezcielesną Słowianką. Ja potrzebuję więcej przestrzeni kosmicznej.

Husband: So, what are you going to do now? Mąż: Toteż, co ty jesteś idąca robić teraz?

Wife: Move back in with my Mom. Żona: Poruszać tylną częścią ciała we wspólnych występach z moją Mamą.

Źródło: http://lingua-magica.blogspot.com/2010/09/grunt-to-dobre-tumaczenie.html.

Kategoria: 
Tagi: 

Ślimak z kocim ogonem

Na wypadek, gdyby podczas któregoś z wakacyjnych wojaży nadarzyła się Państwu okazja wymienienia adresów e-mail z nowo poznanymi cudzoziemcami, zamieszczamy listę nazw znaku „@” w różnych językach. Jak widać, próby dosłownego przetłumaczenia naszego określenia „małpa” są zupełnie bezcelowe…

afrikaansaapstert – małpi ogon;
angielskiat;
chiński (dialekt mandaryński) – da yiba aa z długim ogonem;
czeskizavináč – rolmops;
duński, norweskigrisehale – świński ogon;
esperantoheliko – ślimak;
fińskikissanhäntä – ogon kota;
francuskiescargot – ślimak;
greckiπαπάκι [papáki] – kaczątko;
gruzińskikudiani aa z ogonem;
hiszpański, portugalskiarroba (od jednostki wagi i objętości oznaczanej tym znakiem);
japońskinaruto – wir, zawijas, spirala;
niemieckidas Affenohr – małpie ucho (jedno z określeń potocznych);
rosyjskiсобака [sobaka] – pies;
szwedzkielefantöra – ucho słonia; kattfot – kocia stopa;
tureckigül – róża;
węgierskikukac – robak, larwa; bejgli – strucla, rogalik;
włoskila chiocciola – ślimak.

Źródło: http://pl.wikipedia.org/wiki/@.

Kategoria: 
Tagi: 

Tłumaczeniem w płot

Co jakiś czas w mediach pojawiają się doniesienia o różnorakich nieporozumieniach wynikających z błędów w tłumaczeniach. Kilka pozornie niewinnych słów może wywołać skandal, sprawić, że ktoś znajdzie się w niezręcznej sytuacji, a nawet spowodować zamieszanie na giełdach. Takie nieporozumienia wynikają najczęściej ze zbytniej dosłowności tłumaczenia albo pojawienia się w nim któregoś z tak zwanych fałszywych przyjaciół (czyli słowa, które w różnych językach brzmi bardzo podobnie, ale ma zupełnie inne znaczenie).

Kilka tygodni temu na przykład jedno zdanie wypowiedziane po francusku przez premiera Francji François Fillona w rozmowie z premierem Kanady Stephenem Harperem wywołało konsternację inwestorów giełdowych i gwałtowny spadek kursu euro. Wszystko to dlatego, że słowa premiera „równowaga między euro a dolarem amerykańskim jest dobrą wiadomością dla rynków gospodarczych i finansowych” nabrały zupełnie innej wymowy po przełożeniu na angielski. Wskutek niewłaściwego przetłumaczenia „fałszywego przyjaciela” dla dziennikarzy piszących po angielsku stało się jasne, że premier Francji życzyłby sobie, aby za jedno euro płacono jednego dolara. Skutkiem było obniżenie kursu euro w stosunku do dolara do poziomu najniższego od czterech lat.

Inne nieporozumienie przydarzyło się niedawno w świecie sportu. W swoim wywiadzie dla pisma „Sport Bild” holenderski trener piłkarski Guus Hiddink użył następującego sformułowania, odnosząc się do jednego z niemieckich piłkarzy, Mesuta Özila „Özil ma zły paszport, bo powinien grać dla Turcji, ale niestety wybrał Niemcy”. W wyniku błędnego tłumaczenia hiszpańskie, a potem światowe media obiegła wieść, że Özil… sfałszował swój paszport.

Bywają też pomyłki większego kalibru. Jakiś czas temu w polskiej prasie pojawiły się niepokojące informacje, że w wyniku błędnego tłumaczenia unijnej dyrektywy w sprawie biopaliw Polacy będą musieli więcej płacić za benzynę. Miałoby to być skutkiem nakazu umieszczania na dyspozytorach informacji o zawartości biokomponentów w paliwie, czego koszty ponieśliby użytkownicy końcowi. Według firm paliwowych obowiązek podawania takich informacji może wynikać z niewłaściwego tłumaczenia unijnych przepisów, na których opiera się polska ustawa w tej sprawie.

To wszystko to jednak nic w porównaniu z rewelacjami, o których donosi amerykańskie pismo „Pediatrics” w artykule zatytułowanym „Accuracy of Computer-Generated, Spanish-Language Medicine Labels” (Poprawność komputerowych tłumaczeń hiszpańskojęzycznych ulotek dołączanych do leków)*. Okazuje się, że aptekarze za oceanem do tłumaczenia ulotek dołączanych do leków stosują… programy komputerowe. Można sobie wyobrazić, jakie są tego efekty. Może się na przykład zdarzyć, że mówiący po hiszpańsku pacjent, który będzie miał pecha trafić na tak przetłumaczoną ulotkę, zażyje swoje lekarstwo jedenaście razy dziennie zamiast raz dziennie (a to dlatego, że once oznacza po hiszpańsku jedenaście, a nie raz, tak jak w angielskim, czego zdają się nie dostrzegać wspomniane programy). Według autorek artykułu, doktor Iman Sharif i Julii Tse, z automatycznych translatorów korzysta bardzo wiele aptek (86%), a tylko nieliczne (3%) zatrudniają wykwalifikowanych tłumaczy. Przeprowadzony przez autorki test kilkunastu translatorów wykorzystywanych przez aptekarzy przyniósł niezbyt zachęcające rezultaty: po przetłumaczeniu siedemdziesięciu sześciu ulotek w trzydziestu dwóch z nich stwierdzono niekompletność informacji, a w sześciu – rażące błędy ortograficzne i gramatyczne.

Wnioski z tego krótkiego przeglądu ostatnich doniesień prasowych są cokolwiek niepokojące. Nasze dobre imię, pieniądze, zdrowie – wszystko to może zależeć od jakości tłumaczeń, z którymi mamy do czynienia.

Więcej informacji:
http://waluty.wp.pl/kat,50008,title,Zle-tlumaczenie-dobilo-kurs-euro,wid,12337073,wiadomosc.html
http://sport.wp.pl/kat,1025533,title,Afera-z-Ozilem-Burza-w-szklance-wody,wid,12427199,wiadomosc.html?ticaid=1a778
http://logistyka.pb.pl/2150102,51382,nowa-norma-nowe-koszty?ref=col2
http://pediatrics.aappublications.org/cgi/content/abstract/125/5/960

Kategoria: 
Tagi: 

Strony