Ciekawostki

Ciekawostki

Gwiezdne wojny o tytuł nowego filmu „Star Trek”

Fani sprzymierzyli się w walce o nowy tytuł nadchodzącego 12. filmu z serii „Star Trek”

Już formułując tytuł tego postu, wiele ryzykuję, ponieważ obie grupy (fani „Star Treka” i „Gwiezdnych wojen”) nie żyją w najlepszej komitywie, a przynajmniej taki krąży stereotyp. Jednak bitwa o tytuł nowego filmowego dzieła J.J. Abramsa (który notabene ma być łącznikiem pomiędzy zwaśnionymi fandomami, ponieważ, jak głosi plotka, zdecydował się na reżyserowanie także nowego filmu spod szyldu „Star Wars”) pt. „Star Trek Into Darkness” przybrała prawdziwie kosmiczne rozmiary. Jak każdy klasyczny dramat, składa się on z trzech aktów.

Akt I

Polscy fani „Star Treka” dowiadują się, że tłumaczenie tytułu ma brzmieć „W ciemność. Star Trek”. Swoje niezadowolenie manifestują, zakładając fanpage na portalu społecznościowym Facebook, na którym zamieszczają swoje propozycje zmiany tytułu oraz zastrzeżenia do nazwy zaproponowanej przez dystrybutora. Wśród nich pojawiają się głosy, że taki tytuł może niefortunnie kojarzyć się z filmem Agnieszki Holland „W ciemności” lub z potocznym wyrażeniem „w ciemno”, a także że sformułowanie to powinno być umieszczone za nazwą serii. Choć niewielka (ok. 500 osób), ta nieformalna grupa spotkała się z szerokim odzewem medialnym.

Niestety dystrybutor pozostaje nieczuły na apele społeczności fanów i nie jest nawet specjalnie skory do rozmów. Swoją decyzję uzasadnia wytycznymi producentów, którzy polecili, aby człon „Into Darkness” był głównym tytułem; taki zapis jest odzwierciedlony na plakatach promujących produkcję.

Akt II

Na tłumaczenie tytułu w swoim kraju zareagowali także nasi wschodni sąsiedzi. Rosyjski tytuł wyczekiwanego filmu ma bowiem brzmieć w dosłownym tłumaczeniu „Star Trek. Zemsta”, co z nieznanej przyczyny odbiega od oryginalnego znaczenia. Dodatkowo sam człon „Star Trek” został zapisany jako transliteracja angielskich słów, a nie tłumaczenie na rosyjski, jak do tej pory spójnie dystrybuowane były poprzednie produkcje. I w tym wypadku dystrybutor nie przystał na zmianę tytułu, argumentując, że wybrano go w oparciu o badania opinii publicznej. Wydaje się jednak bardziej chętny do negocjacji, bo zapowiedział, że chętnie skorzysta z pomocy fanów przy tłumaczeniu całego filmu na wersję dubbingową.

Akt III

Najświeższe kontrowersje w związku z tytułem nowego filmu nie mają jednak nic wspólnego z tłumaczeniem i pochodzą z anglojęzycznej Wikipedii. W połowie stycznia 2013 roku, czyli długo po ogłoszeniu oryginalnego tytułu, na forum dyskusyjnym edytorów podstrony poświęconej filmowi rozgorzała prawdziwa bitwa, którą (bardziej z rozbawieniem niż z faktycznym przejęciem) obserwuje internetowy światek.

Sprawa rozbija się o interpretację tytułu (czy ma być traktowany jako pełne zdanie lub równoważnik zdania, czy jako dwuczłonowy tytuł; niektórzy dopatrują się nawet złożonego czasownika „to trek into”), a co za tym idzie – o zapis. Najwięcej wątpliwości wzbudza przyimek „into” rozpoczynający się wielką literą. Zamieszanie potęguje fakt, że jest to dopiero drugi film pełnometrażowy, w przypadku którego zerwano ze starą formułą nadawania tytułów, mających do tej pory następujący format: „Star Trek: …”. Bez znajomego dwukropka fani są „Zagubieni” (kolejny tytuł wyprodukowany przez J.J. Abramsa).

O co to całe poruszenie? – można by spytać. Wierni fani serii zapewne i tak udadzą się do kin i kupią bilety bez względu na tytuł, jaki się na nich znajdzie. Dużo ważniejsze jest natomiast odnotowanie przemiany, jaka dokonała się w odbiorcach tłumaczeń za sprawą nowoczesnych technologii i portali społecznościowych. Do tej pory byliśmy skazani na przyjmowanie lepszych czy gorszych (albo jeszcze gorszych) tłumaczeń tytułów filmów w chwili, gdy pojawiały się oficjalne plakaty. Natomiast dziś, w erze internetowego marketingu szeptanego, gdy producenci i dystrybutorzy podsycają zainteresowanie konsumentów dzięki „wyciekom” na długo przed dystrybucją, grupy fanów (a rzadko zdarzają się grupy bardziej aktywne i przywiązane do tytułu czy twórcy niż fani książek i filmów fantasy/sci-fi) mogą się organizować i przypuszczać zmasowany, łatwy do nagłośnienia atak na odpowiedzialne podmioty.

Warto jednak pamiętać, że niekoniecznie za tłumaczenia odpowiadają tłumacze, coraz częściej są to raczej specjaliści od marketingu. Mówi o tym Krzysztof Mościcki, tłumacz list dialogowych serialu „Star Trek”, który broni się przed zarzutami pod swoim adresem umieszonymi na czarnej liście „tłumoków”, którzy według twórców strony „tłumoczą” w odróżnieniu od tłumaczących tłumaczy (patrz pkt 2). Kiedy więc zdziwi nas lub zirytuje kolejne polskie „tłumaczenie” tytułu filmu, pamiętajmy, że najpewniej stoi za nim ktoś inny niż Bogu ducha winny tłumacz.

Kategoria: 
Tagi: 

Dwie słowie o liczbie podwójnej

Wydaje nam się najzupełniej naturalne, że w języku polskim występują dwie liczby: pojedyncza i mnoga. Jednak jeszcze w XVI wieku w polszczyźnie istniały trzy liczby – oprócz pojedynczej i mnogiej mieliśmy także liczbę podwójną, używaną (jak sama nazwa wskazuje) w odniesieniu do zjawisk występujących w parach. Pamiątką po liczbie podwójnej są na przykład przysłowia, takie jak Mądrej głowie dość dwie słowie. Zawarte w nim sformułowanie dwie słowie – tak odmienne od współczesnego dwa słowa – to właśnie pozostałość po dawnej odmianie rzeczownika słowo.

Aby dowiedzieć się więcej o liczbie podwójnej i jej pozostałościach w polszczyźnie, warto posłuchać audycji językowej dostępnej na stronach Programu Trzeciego Polskiego Radia.

Kategoria: 
Tagi: 

Szlachectwo zobowiązuje

Galicyzmy są to, najprościej rzecz ujmując, wyrazy zapożyczone z języka francuskiego, którymi inkrustowany (fr. incruster – „ozdabiać poprzez osadzanie elementów dekoracyjnych w zdobionej powierzchni”) jest nasz niekiedy obcy język polski. Galicyzmy tłumnie zagościły w naszym języku w XVIII w., kiedy to na dworach panowała moda na wszystko, co miało związek z Francją – ubiory, kosmetyki, książki, kuchnię i – rzecz jasna – język. Wówczas to człowiekowi dobrze wykształconemu nie wypadało nie znać języka Moliera. Do bon tonu (fr. bon ton – „dobry ton”) należały konwersacje prowadzone w tym właśnie języku.

W dzisiejszych czasach większość rodowitych użytkowników języka polskiego żyje w błogiej nieświadomości istnienia tych zapożyczeń, mimo to niekiedy żonglując (fr. jongler – „podrzucać i chwytać na przemian”) nimi nader sprawnie. Wspomniana nieświadomość nie dotyczy rzecz jasna oczywistych zapożyczeń będących kalkami frazeologicznymi i semantycznymi, które najłatwiej rozpoznać po francuskiej wymowie i ortografii, np. vis-à-vis („naprzeciwko”), déjà vu (dosł. „już widziane”), rendez-vous („spotkanie”), faux pas (dosł. „fałszywy krok”), à propos („w odniesieniu do”), atelier („warsztat”), savoir vivre (dosł. „umieć żyć”) czy va banque (dosł. „banko w kartach”).

Nieświadomość ta dotyczy rzeczowników opisujących znane wszystkim przedmioty codziennego użytku, których obcego źródłosłowu można by nawet nie podejrzewać, poczynając od tkanin i części garderoby (fr. garde-robe), takich jak np. krawat (fr. cravate), kostium (fr. costume), żorżeta (fr. georgette), biżuteria (fr. bijouterie) czy perfumy (fr. parfum); przez gastronomię, np. majonez (mayonnaise), bulion (fr. bouillon), szarlotka (fr. charlotte), konfitura (fr. confiture) czy korniszon (fr. cornichon); aż po elementy architektoniczne czy wystrój wnętrz, np. balkon (fr. balcon), loża (fr. loge), parkiet (fr. parquet), suterena (fr. sous-terrain), szalet (fr. chalet), fotel (fr. fauteuil), komoda (fr. commode), szezlong (fr. chaise longue, dosł. „długie krzesło”), wersalka (od nazwy pałacu wersalskiego), lustro (fr. lustre), witraż (fr. vitrage) czy żyrandol (fr. girandole).

Tak więc niekoniecznie po to tylko, aby brylować (fr. briller) na salonach (fr. salon) kwiecistej polszczyzny, warto stoczyć batalię (fr. bataille) z nieświadomością francuskiego pochodzenia wielu polskich wyrazów – wiedza o tym mariażu (fr. mariage) języka polskiego z językiem francuskim może bowiem prowadzić tylko do wzrostu świadomości kulturowej. Ostatecznie noblesse oblige.

Mai Kubiak-Ho-Chi

Kategoria: 

Po co komu PowerPoint?

Każdy, kto choć raz brał udział w konferencji czy szkoleniu, przyzna, że trudno by się było podczas nich obyć bez programu PowerPoint. To dzięki niemu możemy cieszyć oczy wspaniałymi wizualizacjami, które umilają nam nawet najnudniejszy wykład… Ale czy na pewno?

Matthias Pöhm, światowej sławy orator i autor książki Błąd PowerPointa, stawia zgoła odmienną tezę: prezentacje wyświetlane podczas wystąpień odwracają naszą uwagę od rzeczywistego przekazu mówcy i uniemożliwiają emocjonalny odbiór jego słów. Co za tym idzie, stosując prezentację, możemy tak naprawdę zepsuć całe wrażenie, jakie chcielibyśmy wywrzeć na odbiorcach. Jest to tym bardziej pewne, jeśli będziemy usiłowali zamieścić na slajdach zbyt wiele informacji, przez co staną się one nieczytelne i przyczynią się raczej do frustracji odbiorców, którzy nie nadążą z lekturą i dodatkowo będą musieli wybierać między słuchaniem osoby wygłaszającej prezentację a zapoznawaniem się z treścią slajdów. Rada autora Błędu PowerPointa jest tyleż prosta co rewolucyjna: raz na zawsze zrezygnujmy ze slajdów i skupmy się na oddziaływaniu na publiczność słowem i ciekawą opowieścią. Na kilkudziesięciu stronach książki Pöhm przedstawia sposoby na osiągnięcie spektakularnych efektów bez użycia PowerPointa i trzeba przyznać, że potrafi przekonać do siebie czytelnika.

Tezom Matthiasa Pöhma nie sposób odmówić słuszności. Dwa grzechy główne autorów prezentacji – zamieszczanie na slajdach nadmiaru informacji oraz głośne czytanie tekstów widocznych na ekranie – to zapewne zmora większości szkoleń i konferencji. Takie postępowanie faktycznie może sprawić, że nawet najciekawszy temat staje się nie do zniesienia, a publiczność pogrążą się w objęciach Morfeusza. Słuszna wydaje się rada, że jeśli już koniecznie chcemy korzystać z PowerPointa, powinniśmy wykorzystać go jako narzędzie pomocnicze, a nie podporządkowywać mu całą swoją prezentację. Co za tym idzie, zamiast na przykład zamieszczać na slajdzie całą tabelę wyników finansowych firmy, powinniśmy zawrzeć na nich jedynie najważniejsze dane liczbowe i wyświetlać je na ekranie w momencie, gdy o nich wspominamy (ale nie wcześniej, gdyż w przeciwnym razie zepsujemy efekt naszej wypowiedzi). Nie od rzeczy będzie też zamieścić na slajdzie fotografię ilustrującą nasz wywód, z tym że musi ona faktycznie być jakoś związana z tym, co mówimy, a nie dobrana przypadkowo. Zasada jest prosta: to my rządzimy, a nie PowerPoint. To my snujemy wątek naszego wystąpienia i inkrustujemy go w miarę potrzeby trafną wizualizacją, a nie podporządkowujemy się kolejności i zawartości slajdów. Najlepiej jednak byłoby zupełnie zrezygnować z prezentacji komputerowych i zdać się na własne zdolności oratorskie oraz… zwykłą tablicę, na której będziemy mogli na bieżąco zapisywać najważniejsze informacje. Matthias Pöhm jest bowiem ogromnym zwolennikiem flipchartu, czyli tablicy z arkuszami papieru, na której powinniśmy według niego rysować i pisać podczas wygłaszania mowy.

Chciałoby się, by wszyscy prelegenci choć w niewielkim stopniu zastosowali się do tych wskazówek. Wydaje się jednak, że niezależnie od chwytliwości swoich tez, aż takiej rewolucji w stylach prezentacji Pöhm dokonać nie zdoła. Przede wszystkim zapewne nie każdy czuje się na siłach zrezygnować z pomocy, jaką są dla niego slajdy. Po drugie, prezentacje oparte wyłącznie na przekazie werbalnym muszą być jeszcze dokładniej zaplanowane i przemyślane, przez co są bardziej czasochłonne. Po trzecie wreszcie, raczej nie wszystkie tematy można omawiać w taki sposób. Jeśli chcemy oddziałać na publiczność i nakłonić ją do czegoś, wówczas faktycznie warto skupić się wyłącznie na mowie. Jeśli jednak musimy na przykład kogoś czegoś nauczyć czy przekazać ważną, skomplikowaną wiedzę, slajdy wydają się nieodzownym medium. Niezależnie jednak od tych wątpliwości warto się z książką Błąd PowerPointa zapoznać i zrewidować nieco swoje podejście do tego narzędzia.

Kategoria: 

Po polsku przez nos

Samogłoski nosowe, takie jak ą czy ę, powstają, gdy powietrze wydobywające się z naszych płuc podczas mówienia jest wydmuchiwane nie tylko przez usta, lecz również przez nos. O tym, że powietrze faktycznie pokonuje taką drogę, najłatwiej się przekonać, kiedy mamy katar – wówczas z trudem wymawiamy słowa takie jak mąż czy węże.

Gdybyśmy zapytali przeciętnego Kowalskiego, jaki język wydaje mu się najbardziej nosowy, usłyszelibyśmy zapewne, że francuski. Mało kto zdaje sobie jednak sprawę, że polszczyzna wcale nie jest pod tym względem uboższa. Jak się bowiem okazuje, wśród polskich nosówek można wymienić nie tylko powszechnie znane ą i ę (ta pierwsza głoska – wbrew zapisowi – jest nosowym odpowiednikiem głoski o, nie zaś a), lecz także nosowe a, i, y oraz u. Kto nie wierzy, niech wymówi na głos słowa tramwaj, dżinsy, szynszyla, kunszt. Byle nie *wyłanczać, bo w takiego słowa oczywiście w naszym języku nie ma…

Kategoria: 
Tagi: 

Warszawa wielojęzyczna

Żoliborz, Wilanów, Belweder – już chyba dla mało kogo te nazwy brzmią obco. Przyzwyczailiśmy się do nich, a tymczasem za ich brzmieniem kryje się obce pochodzenie i nie są to bynajmniej jedyne spolszczone nazwy w Warszawie.

Wydaje się, że najwięcej takich nazw zawdzięczamy Sobieskim: królowi Janowi III i jego żonie Marysieńce. To dla niej na wzgórzu, gdzie dziś stoi kościół w pobliżu stacji metra Marymont, wybudowano pałacyk, od którego pochodzi nazwa stacji – franc. Marie Mont, czyli „Góra Marii”. Za nazwą, innej wówczas podmiejskiej rezydencji króla Sobieskiego kryje się natomiast nic innego jak spolszczenie łacińskiej nazwy Villa Nova, którą nowy właściciel nadał ówczesnemu Milanowowi.

Z królową Marysieńką wiąże się jeszcze inne miejsce, nieistniejący Marywil (franc. Marie Ville – „Miasto Marii”). Była to galeria handlowa z częścią mieszkalną, powstała z inicjatywy królowej w celu podźwignięcia handlu po wojnach w XVII w. Znajdowała się w rejonie dzisiejszego placu Teatralnego, więc mimo oczywistych skojarzeń oprócz wspólnego handlowego przeznaczenia niewiele miała wspólnego z halami na Białołęce.

Wyrażenie tej samej treści w innym języku dało Warszawie Mariensztat (Marienstadt). „Niemieckie” miasto Marii to jedna z wielu warszawskich jurydyk, należąca do Eustachego i – jakżeby inaczej – Marii Potockich.

Źródło w zamiłowaniu przodków do języków obcych ma także nazwa Żoliborz. Francuski Jolie Bord – „piękny brzeg” – to pozostałość po ogrodach letniej siedziby prowadzonego przez pijarów Collegium Nobilium, która mieściła się w obrębie Cytadeli. Niejako z rozpędu francuski źródłosłów próbowano przypisać także do Mokotowa, wyprowadzając jego nazwę od frazy mon coteau – „moje wzgórze”. Propagatorką takiego pochodzenia była księżna Izabela z Czartoryskich Lubomirska, która być może dla żartu wymyśliła francuską nazwę, podobną fonetycznie do starszej polskiej, czyli Mokotowa, pochodzącej prawdopodobnie od imienia pruskiego właściciela wsi, Mokota.

Oprócz Francuzów i Niemców w tworzeniu warszawskich nazw mieli swój udział także Włosi, Anglicy i Szkoci. Znajdując się w miejscu obecnego Belwederu, królowa Bona miała zachwycać się widokami, a włoskie belle vedere można przełożyć właśnie jako „piękny widok”. Inny Włoch, nadworny architekt Jana III Sobieskiego, Józef Szymon Bellotti, otrzymał od króla ziemię pod Warszawą, na której wybudował pałacyk i nazwał go Murano, na pamiątkę miejsca, z którego pochodził. Pałacyk znajdował się nigdzie indziej jak w rejonie dzisiejszego Muranowa.

Szkotom, a konkretniej jednemu szkockiemu generałowi Wilhelmowi Mierowi, zawdzięczamy dzisiejszy Mirów, a wraz z nim nazwy tamtejszych hal i placu. Mier jako dowódca pułku stacjonował w koszarach, których pozostałości widzimy naprzeciwko Hal Mirowskich.

Na sam koniec ulica Foksal znajdująca się nieopodal siedziby Agencji MAart.W XVIII w. teren ten zajmował pałac z ogrodem, w którym za czasów naszego ostatniego króla urządzono miejsce rozrywki dla zamożnych mieszkańców Warszawy; nadano mu angielską nazwę Vauxhall, odwołującą się do istniejącego ogrodu w Londynie.

I kto by pomyślał, że Warszawę i języki obce tak wiele łączy?

Kategoria: 

O nieodzowności remamentu ;)

Znacie ten dowcip?

– Hej! Fama głosi, że używasz słów, których nie rozumiesz.
– To powiedz tej famie, że jest głupia, i vice versa!

Brzmi znajomo? Nie? A jednak bardzo wiele osób posługuje się słowami, których w ogóle nie rozumie, a co gorsza robi to bez mrugnięcia okiem, bez najmniejszego zastanowienia, i nawet nie czuje potrzeby sprawdzania znaczenia tych słów w słowniku.

Tak rzecz się ma na przykład z partykułą bynajmniej – albo *bynajmiej w pewnych kręgach… Słowo to żyje już własnym życiem i pojawia się w najbardziej nieoczekiwanych sytuacjach, najczęściej na potwierdzenie informacji zawartej w pytaniu:

– Jesteś zajęty, kotku?
– Bynajmniej.
– A, to szkoda. Chciałam cię zabrać do kina.

No i tak właśnie „kotek” pogrzebał nadzieje partnerki na romantyczny wypad do kina. Może nie powinien używać takich trudnych słów i po prostu powiedzieć: „Nie, wcale”? Bo właśnie takie znaczenie ma bynajmniej. Słowo bynajmniej nie trudne.

Nietrudne jest także określenie poncki Piłat w katolickim wyznaniu wiary, aczkolwiek ono też nastręcza wielu problemów: obce pochodzenie i to jeszcze słowo jakieś takie do niczego niepodobne. Chociaż nie! Przecież można łatwo wybrnąć z całej sytuacji. I niektórym się udaje wybrnąć, nawet całkiem zgrabnie, bo ogólne brzmienie zostaje zachowane, a że polski Piłat (sic!) nijak się ma do sensu całego credo, już niewielu osobom spędza sen z powiek.

Cóż, chyba w nowym roku trzeba przeprowadzić gruntowny remament (sic!) znajomości języka polskiego, i nie tylko polskiego. :)

Kategoria: 
Tagi: 

Krowio!

Ah, la vache!” – francuska eksklamacja zawierająca element zaskoczenia połączony z sugestią niedowierzania, podziwu, zdumienia, szoku lub rezygnacji, w zależności od kontekstu sytuacyjnego. Tym sposobem tytułowe sformułowanie umieszczone na początku każdej wypowiedzi może służyć wyrażeniu najrozmaitszych emocji, wcielając się na tę potrzebę w szereg polskich odpowiedników: „O ja cię! Ale masz długie wąsy!”, „No nie, nie mów, że nie zdałem”, „Kurczę, a tak chciałam obejrzeć ten film…”. Stąd niejednego zdziwi zapewne, iż dosłownym i bezpośrednim znaczeniem rzeczownika „la vache” jest „krowa”. A zatem: „O krowa! Ale masz długie wąsy!”, „No krowa, nie mów, że nie zdałem”, „Krowa, a tak chciałam obejrzeć ten film…”.

Podobnie rzecz ma się z przysłówkiem pochodzącym od „la vache”, tj. „vachement”, którego kontekstowym odpowiednikiem jest przysłówek „bardzo”, „cholernie”, „straszliwie”, „niesamowicie”. Czyli: „Krowio przystojny facet”, „Ten program jest krowio ciekawy”, „Krowio ładnie w tym wyglądasz”, „Ta sprawa jest dla mnie krowio ważna”… Śmiejemy się. A cóż mają rzec obcokrajowcy o naszej kurce wodnej czy kurczęciu bladym? Krowio interesujący temat…

Kategoria: 
Tagi: 

Te straszliwe złożenia

Co więcej, dwa pierwsze z tych słów można podzielić na jeszcze mniejsze: Handschuh to dłoń i but, a Schneeball to kula i śnieg. Jeśli złożymy wszystkie te słowa w jedną całość, otrzymamy bardzo „zwięzłe” polskie tłumaczenie: człowiek rzucający śnieżkami w rękawiczkach. Wbrew pozorom nie jest to słowo służące do opisywania uczestników wojen na śnieżki chroniących swoje dłonie przed odmrożeniem za pomocą rękawiczek. Ma ono negatywne, a wręcz obraźliwe konotacje, i oznacza… kogoś, kto jest tchórzliwy.

Kategoria: 
Tagi: 

Audyt czy audit?

Często zauważam rozterki osób zajmujących się zarządzaniem jakością i słyszę dyskusje dotyczące tego, czy należy stosować termin „audyt”, czy też „audit”, a co za tym idzie, „audytor” czy „auditor”. Czym się różnią te dwa terminy i który z nich jest właściwy?

Z punktu widzenia normy ISO kwestia ta nie ma większego znaczenia, często sam stosuję te dwa określenia zamiennie. Termin „audit” przyjęło się zwyczajowo stosować w odniesieniu do zagadnień jakościowych, „audyt” natomiast kojarzy się z finansami. W tym kontekście warto sobie przypomnieć, że łaciński źródłosłów terminu „audit” oznacza „słuchać”, a zatem „auditor” jest nikim innym jak tylko słuchaczem.

Moje zdanie jest następujące: „audit” jest terminem bardziej przyjaznym, ponieważ kojarzy się ze słuchaniem, co w pełni oddaje ducha tego działania. W swoim założeniu audit ma na celu wspomaganie organizacji w jej doskonaleniu, poprawie i dążeniu do doskonałości (w zarządzaniu, relacjach z klientem, minimalizowaniu liczby niezgodności czy błędów itd.); audit szuka zgodności, potwierdzenia dobrego działania organizacji (inaczej niż kontrola, w którą wpisane jest poszukiwanie błędów). Dobry auditor – czy to zewnętrzny, czy to wewnętrzny – potrafi słuchać auditowanego, wyciągać wnioski, formułować spostrzeżenia, które wspomogą poprawę realizacji zadań przez auditowanego, a tym samym przyczynią się do udoskonalenia organizacji. Stąd też coraz popularniejsze staje się następujące rozróżnienie:

Audit jakości – systematyczny, niezależny, udokumentowany proces pozyskiwania dowodu z auditu oraz jego obiektywnej oceny w celu określenia stopnia spełnienia kryteriów auditu.
Audyt – swojego rodzaju kontrola standardów obejmująca zarówno działania, jak i metodologię.

W praktyce szeroko rozumianego zarządzania jakością przyjęło się stosować termin „audit”; wielu auditorów uważa również, że termin ten jest właściwszy. „Audyt” kojarzy się z kolei z pewnym rodzajem kontroli. Termin ten stosowany jest w szczególności podczas działań w obszarze finansów (audyt finansowy) i nie odzwierciedla ducha podejścia jakościowego.

Na omawiany tutaj temat wypowiedzieli się również językoznawcy. Wszystkie słowniki języka polskiego podają jako właściwą wyłącznie formę „audyt”. Każdy polonista/językoznawca powie, że poprawną formą jest „audyt” z literą „y” w środku, która uległa zmianie z „i” wersji anglojęzycznej. Taka jest reguła językowa, a wiadomo, że z regułą trudno dyskutować.

Wypowiedź prof. Jerzego Bralczyka jednoznacznie ucina wszelkie dyskusje na ten temat. Stwierdził on, że w polskim tłumaczeniu normy ISO wystąpił błąd (norma podaje termin „audit”)… ale z kolei prof. Jan Miodek uznał, że oba określenia („audit” i „audyt”) są poprawne i oba znaczą to samo.

Jak więc widzimy, walka trwa. Myślę jednak, że nie ma większego znaczenia, czy będziemy stosowali termin „audit”, czy „audyt”. Najważniejsze jest to, aby podejmowane działania audi(y)towe przynosiły zamierzony efekt w postaci wartości dodanej dla organizacji, która je przechodzi. Za używanie jednej lub drugiej formy nikt nam głowy nie będzie urywał, życzę więc miłych i owocnych auditów/audytów zarówno po jednej, jak i drugiej stronie barykady.

Kategoria: 

Strony