Język

Norma dokumentacyjna PN-EN 82079-1 - Przygotowanie instrukcji użytkowania

W 2013 r. PKN przyjął do zbioru Polskich Norm, a 3 września 2014 r. opublikował w języku polskim, normę PN-EN 82079-1 Przygotowanie instrukcji użytkowania ‒Opracowanie struktury, zawartość i sposób prezentacji ‒Część 1: Zasady ogólne i wymagania szczegółowe. PN-EN 82079-1 jest normą dotyczącą szeroko pojętego procesu zarządzania dokumentacją techniczną, a w szczególności przygotowania instrukcji użytkowania. Norma opisuje proces tworzenia instrukcji użytkowania, jej strukturę, zawartość i elementy wynikające z obowiązku informacyjnego i względów bezpieczeństwa, oraz sposób właściwego opracowania dokumentacji technicznej pod kątem przyszłego procesu lokalizacji. Norma PN-EN 82079-1 jest pierwszą z pakietu tzw. „norm dokumentacyjnych” opracowywanych w IEC i przyjmowanych na szczeblu europejskim.

Postanowienia normy PN-EN 82079-1 określają zasady ogólne i wymagania szczegółowe dotyczące projektowania i redagowania wszelkich typów instrukcji użytkowania oraz podstawowe zasady zarządzania dokumentacją techniczną i zapewnienia bezpieczeństwa użytkownikom produktów. Norma ma zastosowanie zarówno w przypadku niewielkich i typowych wyrobów/produktów (np. AGD) jak i wielkogabarytowych lub wysoce złożonych produktów (np. uzbrojenie, elektrownie, linie przemysłowe, gotowe do użytku fabryki lub instalacje technologiczne).

Jest to pierwsza z grupy norm dokumentacyjnych, przeznaczona dla wszystkich podmiotów zajmujących się m.in. przygotowywaniem instrukcji użytkowania, niezależnie od tego, czy są to dostawcy, autorzy dokumentacji technicznej i ilustracji do niej, projektanci oprogramowania i rozwiązań technicznych, tłumacze, redaktorzy techniczny, terminolodzy, koordynatorzy projektów, menedżerowie produktów i procesów, czy też inne osoby biorące udział w tworzeniu dokumentacji, instrukcjiużytkowania, opisów produktów/wyrobów i usług powiązanych.

Publikacja normy PN-EN 82079-1 jest więc istotna również ze względu na to, że opisując wnikliwie procesy dokumentacyjne określa ona ramy i kompetencje nowego zawodu na rynku polskim – autora dokumentacji technicznej. Ponadto, jako tzw. norma horyzontalna wpisuje się w schemat zharmonizowanego systemu norm i legislacji UE, obejmującego dokumentację i komunikację techniczną, procesy przemysłowe, bezpieczeństwa i zarządzania ryzykiem i ma, w związku z tym, również określone implikacje prawne. Stanowi zalecenie normatywne z punktu widzenia urzędów, producentów i konsumentów oraz wpisuje się w kluczowe inicjatywy UE – NLF (m.in. system oznakowania CE, nadzór rynku pod kątem bezpieczeństwa produktów i dostęp do informacji RAPEX, harmonizacja norm technicznych itp.).

W związku z tym że jest to bardzo ważna norma, Polski Komitet Normalizacyjny zoorganizował wspólnie z Naczelną Organizacją Techniczną i Polskim Stowarzyszeniem Biur Tłumaczeń otwartą i bezpłatną konferencję nt. normy PN-EN 82079-1 w dn. 10.10.2014 r. Konferencja ta miała na celu promocję i przybliżenie postanowień normy, jej znaczenia w strukturze innych norm, przepisów polskich i UE, najlepszych praktyk i procesów w przemyśle i innych branżach, gdzie norma ta ma zastosowanie. Prelegentami byli m.in. przedstawiciele PKN, Agencji MAart i PSBT, NOT, Centrum Bezpieczeństwa Technicznego, Ministerstwa Gospodarki i przemysłu. Frekwencja wynosiła ponad 150 osób, prezentacje i dyskusje były bardzo ciekawe więc konferencję można zaliczyć do bardzo udanych. Relacja i zdjęcia ukażą się w miesieczniku PKN 'Normalizacja'.

Kategoria: 

Czy w Polsce wejdzie obowiązek tłumaczenia dokumentacji księgowej?

Mało kto wie, że jedno z rozwiązań zawartych w projekcie nowelizacji Ordynacji podatkowej zakłada, że organy podatkowe będą mogły zobowiązać stronę postępowania podatkowego do przetłumaczenia dokumentacji księgowej, która została przygotowana w języku obcym na język polski.

Z założeń do projektu ustawy o zmianie ustawy - Ordynacja podatkowa oraz niektórych innych ustaw wynika, że w przypadku toczącego się postępowania podatkowego organy podatkowe będą mogły nałożyć na stronę postępowania obowiązek przetłumaczenia na język polski dokumentów sporządzonych przez nią w języku obcym.

W teorii, obowiązujące obecnie przepisy działu IV Ordynacji podatkowej nie przewidują możliwości zwrócenia się przez organ podatkowy do strony postępowania o przetłumaczenie na język polski składanych przez stronę dokumentów sporządzonych w języku obcym. Taka możliwość istnieje natomiast w kontroli podatkowej oraz w postępowaniu kontrolnym prowadzonym przez organy kontroli podatkowej.

Propozycja nowelizacji zakłada ujednolicenie przepisów w zakresie kontroli i postępowania - organy podatkowe otrzymają możliwość zwrócenia się do strony postępowania (czyli np. podatnika, płatnika, inkasenta, następcy prawnego czy osoby trzeciej) o nieodpłatne przetłumaczenie na polski poszczególnych dokumentów. Chodzić będzie zarówno o dokumenty, których żąda organ podatkowy, jak i o dokumenty przedłożone z inicjatywy strony.

Co w przypadku, gdy strona nie wywiąże się z obowiązku przetłumaczenia dokumentów? W takiej sytuacji będą miały zastosowanie kary pieniężne. Otóż, jak wynika z projektu, skutkiem niezastosowania się do żądania organu dokonania tłumaczenia dokumentacji obcojęzycznej będzie zamówienie tłumaczenia przez organ podatkowy i obciążenie strony (kontrolowanego) kosztami takiego tłumaczenia. Poza koniecznością pokrycia kosztów tłumaczenia, za niewywiązanie się z obowiązku grozić ma również kara porządkowa.

Podobne emocje wzbudzały ostatnio propozycje wręcz przeciwne – a mianowicie żeby znieść obowiązek tłumaczenia dokumentacji przetargowej przez podmioty zagraniczne i tym samym wyrównać ich szanse na rynku polskim z podmiotami krajowymi. Równość szans w ramach UE to idea piękna ale jakimś cudem mało który kraj decyduje się na przerzucanie kosztów tłumaczenia dokumentacji przetargowej na urząd rozstrzygający przetarg (czyli de facto na podatnika polskiego).

Niektóre komentarze do tej informacji zdają się też sugerować, że obowiązek tłumaczenia dokumentacji księgowej na polski stanowiłby jakiś przełom, a co gorsza że jest to kolejne obciążenie dla polskiego podatnika-przedsiębiorcy. Jednak mało kto wie, że obowiązek tłumaczenia dokumentów na język polski na potrzeby urzędowe, obrotu prawnego i handlowego na terytorium RP istnieje już od dawna na mocy Ustawy o języku polskim. A ponadto, co powinno być raczej oczywiste dla czytających tego typu informacje, jakiekolwiek obciążenie wynikające z tłumaczenia dokumentacji na język polski dotyczy głownie podmiotów zagranicznych i ich spółek zależnych, a obecna nowelizacja ma na celu jedynie doprecyzowanie tej kwestii i zapobieżenie przerzucaniu tych kosztów na urząd, czyli na podatnika polskiego (i.e. nas wszystkich). Z przyczyn równie oczywistych, pomimo intensywnego lobbingu ze strony korporacji, podobne przepisy i obowiązek tłumaczenia na język urzędowy funkcjonują praktycznie we wszystkich krajach rozwiniętych bowiem koszty prowadzenia działalności na danym rynku powinien ponosić przedsiębiorca (co wynika nota bene również z ogólnych zasad rachunkowości). Czy jest to więc naprawdę zła wiadomość, czy może ktoś w urzędach kontroli skarbowej zaczął racjonalnie myśleć?

Źródło informacji: Infor.pl

Kategoria: 

Skuterzysta vs. hulajnoga

W odpowiedzi na pytanie 'Jak nazywa się osoba jeżdżąca na hulajnodze?' pan Mirosław Bańko z Uniwersytetu Warszawskiego odpowiedział:

"Gotowego słowa, którym moglibyśmy się posługiwać bez zastrzeżeń, chyba nie ma, trzeba je wymyślić. W związku z tym mam dla Pani dwie propozycje.
1. Skuterzysta. Tak nazywa się osoba jeżdżąca na skuterze (por. rowerrowerzysta) i taką nazwę przytacza dla niej słownik Doroszewskiego (z odpowiednim cytatem, bo jest to słownik źródłowy). A ponieważ w języku angielskim, z którego zapożyczyliśmy skuter, słowo scooter oznacza też hulajnogę, więc możemy wykorzystać słowo skuterzysta do nowego celu. Według tej propozycji użytkownik hulajnogi nazywałby się mądrzej niż jego pojazd, a w każdym razie zupełnie inaczej, co można uznać za pewną niedogodność.
2. Hulajnoga. To nie pomyłka z mojej strony: proponuję, aby na hulajnodze jeździł hulajnoga, a jeśli mowa o kobiecie – aby na hulajnodze jeździła hulajnoga. Jak inne dwurodzajowe rzeczowniki typu fajtłapa, taka nazwa użytkownika hulajnogi jest oczywiście ekspresywna. Może wydawać się zaskakująca, ale ma analogię – czysto formalną – w trzech innych rzeczownikach: kuternoga (potocznie 'kulas, kulawiec'), powsinoga ('łazik, włóczęga') i noga ('niedołęga').
Dwa pierwsze z tych rzeczowników są dwurodzajowe, trzeci wyłącznie żeński, nawet kiedy odnoszony jest do mężczyzny. Wątpliwości może budzić ich liczba mnoga: w mianowniku (te) kuternogi, powsinogi, nogi, w dopełniaczu Angel (tych) kuternóg, powsinóg, nóg albo (b) (tych) kuternogów, powsinogów (o towarzystwie czysto męskim lub mieszanym), nie nogów, w bierniku – tak samo jak w mianowniku albo jak w dopełniaczu w szeregu (b). O użytkownikach hulajnogi moglibyśmy mówić więc: „Jest wiosna, hulajnogi licznie wyjechały na ulice” albo „Od dawna nie było widać tylu hulajnóg”. Z takich zdań nie wynika niestety, czy chodzi o osoby, czy rzeczy."

Z tych dwóch ciekawych propozycji bardziej odpowiada mi hulajnoga bo jest w tym słowie niewątpliwie jakiś rodzimy folklor (niezaleznie od tego czy mamy na myśli rodzaj żeński, czy męski i czy chodzi o pojazd, czy też osobę na nim hulającą).

Kategoria: 

Corpo controlling, audit, programing, czy może zwyczajny kleping?

Artykuł z dnia 30.09.2013 w zielonogórskim wydaniu Gazety.pl pod tytułem „Godnie, czyli ile?” na temat porównania  kosztów życia i zarobków w różnych częściach Polski i Europy jest popularny, dlatego że ludzie generalnie lubią dyskutować o pieniądzach.

Mnie się jednak najbardziej spodobały dowcipne komentarze zamieszone pod  tekstem, głównie przez programistów, na temat przytoczonej w artykule nazwy stanowiska zapożyczonej z języka angielskiego. Wybrane komentarze przytaczam poniżej dla rozrywki.

Wydawałoby się, że większość ludzi pracujących w biznesie przyzwyczaiła się już tych się do kontrolingów, mobbingów, eventów, deadlinów, auditów itp., ale może jednak nie do końca. Od dłuższego czasu nie słyszałam żeby wypowiadali się na ten temat tak zdecydowanie poloniści, a już tym bardziej programiści. Czyżby ‘corpo-lenguydż nie wszedł do uzusu aż tak mocno, jak się niektórym naszym ‘managerom’ zdaje?

Re: Godnie, czyli ile? IP: *.dynamic.chello.pl

Gość: Gość 30.09.13, 17:33 Odpowiedz

> Co ten gostek zatrudniony w banku pieprzy? Zajmuje sie "kontrolingiem"? To jakis
> kompletny debiling!

Obiektywnie masz całkowitą rację. Niestety w praktyce ów "(neo)debiling" jest bardzo popularny, tzn. uprawia go, a nawet wzajemnie prześciga się w nim większość osób w miejscu pracy, zarówno współpracownicy jak i kierownictwo. Kto próbuje się od tego zdecydowanie odcinać, nierzadko najpierw ląduje "na świeczniku", a później "na wylocie".

Tłum ogarnięty owczym pędem jest gotów stratować jednostki wyróżniające się (zdrowy rozsądek nie gra tu roli, wręcz przeciwnie - zasadą instynktu stadnego jest jego brak), a przełożony z chęcią pozbędzie się osobnika uprzednio wyostracyzowanego przez grupę.

Re: Godnie, czyli ile? IP: *.adsl.inetia.pl

Gość: Magda 30.09.13, 17:53 Odpowiedz

Controlling finansowy – instrument zarządzania będący częścią controllingu przedsiębiorstwa. Zajmuje się ustalaniem zapotrzebowania na środki finansowe, opłacalnością sposobów finansowania przedsiębiorstwa, kosztami i zyskiem, płynnością finansową i oceną efektywności inwestowania kapitału.

o    Re: Godnie, czyli ile? IP: *.dynamic.chello.pl

Gość: Gość 30.09.13, 18:19 Odpowiedz

To, że bzdurę ktoś wpisał do słownika nie znaczy że przestała być bzdurą (kiedyś bzdury do słowników po prostu nie trafiały, dziś jest niestety inaczej).

> Controlling finansowy

Super, jeszcze lepiej. Łebkowi który "usankcjonował" ten termin nawet nie chciało się ani odrobinę spolszczyć (tzn. napisać przez "k" i jedno "l") i tak niepotrzebnego obcego słowa. Pewnie dostał za to medal przodownika neokorpodebillingu (przez dwa "l"!).

Przypomina to troche karierołebków, którzy ubzdurali sobie używanie terminu "audit" w języku polskim, ostentacyjnie (a jakże!) ignorując istnienie spolszczonego dawno temu słowa "audyt".

§  Re: Godnie, czyli ile? IP: *.dynamic.chello.pl

Gość: jj 30.09.13, 19:25 Odpowiedz

oczywiście facet napisał "kontroling" - sprawdź sobie powyżej. to że nie wiesz co to znaczy to twój problem - w wielu firmach tego rodzaju dział istnieje. Zawiśc i złośc ci miesza w głowie. było się bardziej starać - tez mógłbyś tyle zarabiać.

§  Re: Godnie, czyli ile? IP: *.dynamic.chello.pl

Gość: Troll 30.09.13, 21:46 Odpowiedz

A ja zajmuje sie programingiem na który składa się siedzing i pisaning.

§  Re: Godnie, czyli ile? IP: *.dynamic.chello.pl

Gość: Gość 30.09.13, 22:21 Odpowiedz

> A ja zajmuje sie programingiem na który składa się siedzing i pisaning.

Siedzing jak siedzing, ale programing to jednak przede wszystkim myśling i projekting - sam pisaning to realnie jedynie jakieś 10%-20%.

§  Re: Godnie, czyli ile? IP: *.dynamic.chello.pl

Gość: Gość 30.09.13, 22:28 Odpowiedz

...no chyba że chodzi o code-kleping.

§  Re: Godnie, czyli ile?

profesorgabka 01.10.13, 16:50 Odpowiedz

No tak, ale programujesz Elektroniczną Maszynę Cyfrową, czy po prostu komputer, jak to "jakiś debil dodał kiedyś do słownika"?

(…)

@pszczy2000, a dziennikarz zajmuje się pissingiem

dzielanski 01.10.13, 09:52 Odpowiedz

Kontroler zajmuje się kontrolingiem, dziennikarz spisujący jego wynurzenia zajmuje się pissingiem. Grunt, że bankowcy znają języki obce!
A swoją drogą, 'szczoting podłogas" brzmi nawet lepiej niż "konserwacja powierzchni płaskich". Korpo-językoznawcy do dzieła!

Źródło: http://zielonagora.gazeta.pl/zielonagora/1,35161,14696286,Godnie__czyli_ile_.html

Kategoria: 

Sushi u shoguna na górze Fuji, czyli parę słów o wymowie japońskich wyrazów

Choć nie wszyscy zdają sobie z tego sprawę, japoński system fonetyczny jest bardzo zbliżony do tego, którym posługują się użytkownicy języka polskiego.

Większość samogłosek i spółgłosek wymawia się tak samo jak w naszym języku ojczystym lub bardzo podobnie. Co ciekawe, dotyczy to również spółgłosek szczelinowych i zwartoszczelinowych (konkretnie ć, ś i ). Prawidłowa wymowa słów takich jak „sushi”, „ninja”, „shogun” czyFuji” nie powinna zatem zawierać polskich głosek cz, sz, czy . Oznacza to tyle, że zamiast suszi powinniśmy mówić susi, zamiast nindżanindzia, zamiast Fukuszima Fukusima i tak dalej.

Upowszechniona w Polsce wymowa tego rodzaju wyrazów przez cz, sz i jest rezultatem przyjęcia w naszym kraju międzynarodowej transkrypcji dźwięków japońskich (tzw. „transkrypcja Hepburna”) opartej na angielskim systemie fonetycznym i angielskiej pisowni. Zgodnie z jej zasadami japońskie ś zapisuje się jako „sh”, ć – jako „ch”, a – jako „j” (wymawiane podobnie do polskich głosek sz, cz ), w języku angielskim nie ma bowiem bliższych odpowiedników tych dźwięków. Nie jest więc niczym dziwnym, że zaznajomiony choć w niewielkim stopniu z angielskim użytkownik języka polskiego, widząc wyraz taki jak „shogun”, dochodzi do logicznego wniosku, że powinien mówić szogun, a nie siogun. Mimo to jednak, choć dawniej nikomu poza japonistami nie przyszło nawet do głowy, żeby wspomniane głoski w japonizmach wymawiać jako ć, ś i , ostatnio coraz częściej słyszy się w Polsce taki sposób artykulacji.

Kategoria: 
Tagi: 

Po co nam komunikacja techniczna

Kiedy czytamy instrukcję obsługi nowo zakupionego telefonu czy opiekacza – o ile w ogóle trudzimy się czytaniem instrukcji… – rzadko kiedy zastanawiamy się, kto i w jaki sposób ją napisał. Jeśli instrukcja jest napisana źle, zapewne to zauważymy, ale jeśli nie ma w niej rażących błędów, nie poświęcimy jej raczej zbyt wiele uwagi. Jak się jednak okazuje, tworzenie dokumentacji dotyczącej urządzeń (nie tylko) codziennego użytku jest zajęciem skomplikowanym i pracochłonnym oraz stanowi bardzo ważny etap opracowywania produktu i przygotowywania go do sprzedaży.

Anglosasi nazywają tę dziedzinę technical communication. Na Zachodzie istnieje wiele uczelni – przede wszystkim o profilu technicznym – na których można studiować tę gałąź wiedzy. Działają też liczne stowarzyszenia zrzeszające firmy i osoby zajmujące się tworzeniem dokumentacji technicznej, takie jak amerykańskie Society of Technical Communication czy niemiecki tekom. W Polsce jednak dziedzina ta jest jeszcze mało znana – do tego stopnia, że wciąż mamy trudności z ustaleniem stosownego dla niej nazewnictwa. Przeciętny Polak zapytany o to, z czym kojarzy mu się hasło „komunikacja techniczna”, będzie miał raczej kłopot z udzieleniem poprawnej odpowiedzi. Jeszcze trudniej jest w przypadku nazwy zawodu osoby zajmującej się tworzeniem dokumentacji technicznej – kalkowany z niemieckiego „komunikator techniczny” nie wchodzi raczej w grę, a z kolei „redaktor techniczny” w tradycji wydawniczej oznaczał osobę zajmującą się produkcją i składem publikacji. Być może ta luka w nazewnictwie wynika z wciąż odtwórczego charakteru polskiego przemysłu, który sprawia, że częściej tłumaczy się u nas istniejącą dokumentację obcojęzyczną niż tworzy własną. Można jednak mieć nadzieję, że na jej zapełnienie nie będzie trzeba już długo czekać.

Jaki jest cel komunikacji technicznej? Najprościej rzecz ujmując, chodzi o takie przekazanie użytkownikowi wiedzy na temat urządzenia czy aplikacji, aby mógł on korzystać z nich bezpiecznie, skutecznie i świadomie. Wbrew pozorom nie jest to takie proste zadanie, ponieważ wymaga ono nie tylko zaawansowanych kompetencji językowych, lecz także doskonałej znajomości danej dziedziny i – co bardzo istotne – wiedzy na temat tego, kto będzie odbiorcą danego dokumentu. Co oczywiste, inaczej należy pisać dla pracownika serwisu zajmującego się konserwacją i naprawą ekspresów do kawy, a inaczej dla przeciętnego Kowalskiego, który chciałby przyrządzić dla siebie jak najsmaczniejsze espresso i jak najmniej się przy tym nagłówkować. Uwzględnianie na każdym etapie odbiorcy docelowego to drugie przykazanie w dekalogu autora dokumentacji.

Jakie jest pierwsze przykazanie? Przede wszystkim dbać o bezpieczeństwo. To dlatego na początku niemal każdej instrukcji znajdziemy co najmniej kilka różnego rodzaju ostrzeżeń. Ich zamieszczanie wynika między innymi z przepisów unijnej dyrektywy maszynowej oraz różnorodnych norm branżowych, z których najistotniejsza jest norma ISO 82079 dotycząca opracowywania dokumentacji technicznej. Co oczywiste, nadrzędną zasadą jest takie konstruowanie urządzeń, by nie stanowiły one zagrożenia dla użytkowników. Tam jednak, gdzie nie da się go całkowicie wyeliminować, nieodzowna jest dokumentacja zawierająca stosowne ostrzeżenia i opis sposobów uniknięcia niebezpieczeństwa. Jak widać, na autorach dokumentacji spoczywa nie lada odpowiedzialność. Ewentualne szkody powstałe w wyniku użytkowania niewłaściwie opisanego urządzenia mogą się bowiem wiązać ze znacznymi stratami finansowymi dla producenta, a nawet z odpowiedzialnością karną.

Co wspólnego ma komunikacja techniczna z tłumaczeniami? Najbardziej oczywistym powiązaniem jest niewątpliwie to, że w przypadku dystrybucji urządzenia na rynki zagraniczne jego dokumentację należy przetłumaczyć na języki lokalne. Warto jednak zwrócić uwagę na jeszcze inne kwestie: zarządzanie treścią, które wielu aspektach przypomina zarządzanie tłumaczeniami, a także dbałość o spójną i przejrzystą terminologię, która przekłada się na jakość zarówno dokumentów w języku oryginalnym, jak i ich tłumaczeń.

Kategoria: 

Dwie słowie o liczbie podwójnej

Wydaje nam się najzupełniej naturalne, że w języku polskim występują dwie liczby: pojedyncza i mnoga. Jednak jeszcze w XVI wieku w polszczyźnie istniały trzy liczby – oprócz pojedynczej i mnogiej mieliśmy także liczbę podwójną, używaną (jak sama nazwa wskazuje) w odniesieniu do zjawisk występujących w parach. Pamiątką po liczbie podwójnej są na przykład przysłowia, takie jak Mądrej głowie dość dwie słowie. Zawarte w nim sformułowanie dwie słowie – tak odmienne od współczesnego dwa słowa – to właśnie pozostałość po dawnej odmianie rzeczownika słowo.

Aby dowiedzieć się więcej o liczbie podwójnej i jej pozostałościach w polszczyźnie, warto posłuchać audycji językowej dostępnej na stronach Programu Trzeciego Polskiego Radia.

Kategoria: 
Tagi: 

Szlachectwo zobowiązuje

Galicyzmy są to, najprościej rzecz ujmując, wyrazy zapożyczone z języka francuskiego, którymi inkrustowany (fr. incruster – „ozdabiać poprzez osadzanie elementów dekoracyjnych w zdobionej powierzchni”) jest nasz niekiedy obcy język polski. Galicyzmy tłumnie zagościły w naszym języku w XVIII w., kiedy to na dworach panowała moda na wszystko, co miało związek z Francją – ubiory, kosmetyki, książki, kuchnię i – rzecz jasna – język. Wówczas to człowiekowi dobrze wykształconemu nie wypadało nie znać języka Moliera. Do bon tonu (fr. bon ton – „dobry ton”) należały konwersacje prowadzone w tym właśnie języku.

W dzisiejszych czasach większość rodowitych użytkowników języka polskiego żyje w błogiej nieświadomości istnienia tych zapożyczeń, mimo to niekiedy żonglując (fr. jongler – „podrzucać i chwytać na przemian”) nimi nader sprawnie. Wspomniana nieświadomość nie dotyczy rzecz jasna oczywistych zapożyczeń będących kalkami frazeologicznymi i semantycznymi, które najłatwiej rozpoznać po francuskiej wymowie i ortografii, np. vis-à-vis („naprzeciwko”), déjà vu (dosł. „już widziane”), rendez-vous („spotkanie”), faux pas (dosł. „fałszywy krok”), à propos („w odniesieniu do”), atelier („warsztat”), savoir vivre (dosł. „umieć żyć”) czy va banque (dosł. „banko w kartach”).

Nieświadomość ta dotyczy rzeczowników opisujących znane wszystkim przedmioty codziennego użytku, których obcego źródłosłowu można by nawet nie podejrzewać, poczynając od tkanin i części garderoby (fr. garde-robe), takich jak np. krawat (fr. cravate), kostium (fr. costume), żorżeta (fr. georgette), biżuteria (fr. bijouterie) czy perfumy (fr. parfum); przez gastronomię, np. majonez (mayonnaise), bulion (fr. bouillon), szarlotka (fr. charlotte), konfitura (fr. confiture) czy korniszon (fr. cornichon); aż po elementy architektoniczne czy wystrój wnętrz, np. balkon (fr. balcon), loża (fr. loge), parkiet (fr. parquet), suterena (fr. sous-terrain), szalet (fr. chalet), fotel (fr. fauteuil), komoda (fr. commode), szezlong (fr. chaise longue, dosł. „długie krzesło”), wersalka (od nazwy pałacu wersalskiego), lustro (fr. lustre), witraż (fr. vitrage) czy żyrandol (fr. girandole).

Tak więc niekoniecznie po to tylko, aby brylować (fr. briller) na salonach (fr. salon) kwiecistej polszczyzny, warto stoczyć batalię (fr. bataille) z nieświadomością francuskiego pochodzenia wielu polskich wyrazów – wiedza o tym mariażu (fr. mariage) języka polskiego z językiem francuskim może bowiem prowadzić tylko do wzrostu świadomości kulturowej. Ostatecznie noblesse oblige.

Mai Kubiak-Ho-Chi

Kategoria: 

Po polsku przez nos

Samogłoski nosowe, takie jak ą czy ę, powstają, gdy powietrze wydobywające się z naszych płuc podczas mówienia jest wydmuchiwane nie tylko przez usta, lecz również przez nos. O tym, że powietrze faktycznie pokonuje taką drogę, najłatwiej się przekonać, kiedy mamy katar – wówczas z trudem wymawiamy słowa takie jak mąż czy węże.

Gdybyśmy zapytali przeciętnego Kowalskiego, jaki język wydaje mu się najbardziej nosowy, usłyszelibyśmy zapewne, że francuski. Mało kto zdaje sobie jednak sprawę, że polszczyzna wcale nie jest pod tym względem uboższa. Jak się bowiem okazuje, wśród polskich nosówek można wymienić nie tylko powszechnie znane ą i ę (ta pierwsza głoska – wbrew zapisowi – jest nosowym odpowiednikiem głoski o, nie zaś a), lecz także nosowe a, i, y oraz u. Kto nie wierzy, niech wymówi na głos słowa tramwaj, dżinsy, szynszyla, kunszt. Byle nie *wyłanczać, bo w takiego słowa oczywiście w naszym języku nie ma…

Kategoria: 
Tagi: 

Warszawa wielojęzyczna

Żoliborz, Wilanów, Belweder – już chyba dla mało kogo te nazwy brzmią obco. Przyzwyczailiśmy się do nich, a tymczasem za ich brzmieniem kryje się obce pochodzenie i nie są to bynajmniej jedyne spolszczone nazwy w Warszawie.

Wydaje się, że najwięcej takich nazw zawdzięczamy Sobieskim: królowi Janowi III i jego żonie Marysieńce. To dla niej na wzgórzu, gdzie dziś stoi kościół w pobliżu stacji metra Marymont, wybudowano pałacyk, od którego pochodzi nazwa stacji – franc. Marie Mont, czyli „Góra Marii”. Za nazwą, innej wówczas podmiejskiej rezydencji króla Sobieskiego kryje się natomiast nic innego jak spolszczenie łacińskiej nazwy Villa Nova, którą nowy właściciel nadał ówczesnemu Milanowowi.

Z królową Marysieńką wiąże się jeszcze inne miejsce, nieistniejący Marywil (franc. Marie Ville – „Miasto Marii”). Była to galeria handlowa z częścią mieszkalną, powstała z inicjatywy królowej w celu podźwignięcia handlu po wojnach w XVII w. Znajdowała się w rejonie dzisiejszego placu Teatralnego, więc mimo oczywistych skojarzeń oprócz wspólnego handlowego przeznaczenia niewiele miała wspólnego z halami na Białołęce.

Wyrażenie tej samej treści w innym języku dało Warszawie Mariensztat (Marienstadt). „Niemieckie” miasto Marii to jedna z wielu warszawskich jurydyk, należąca do Eustachego i – jakżeby inaczej – Marii Potockich.

Źródło w zamiłowaniu przodków do języków obcych ma także nazwa Żoliborz. Francuski Jolie Bord – „piękny brzeg” – to pozostałość po ogrodach letniej siedziby prowadzonego przez pijarów Collegium Nobilium, która mieściła się w obrębie Cytadeli. Niejako z rozpędu francuski źródłosłów próbowano przypisać także do Mokotowa, wyprowadzając jego nazwę od frazy mon coteau – „moje wzgórze”. Propagatorką takiego pochodzenia była księżna Izabela z Czartoryskich Lubomirska, która być może dla żartu wymyśliła francuską nazwę, podobną fonetycznie do starszej polskiej, czyli Mokotowa, pochodzącej prawdopodobnie od imienia pruskiego właściciela wsi, Mokota.

Oprócz Francuzów i Niemców w tworzeniu warszawskich nazw mieli swój udział także Włosi, Anglicy i Szkoci. Znajdując się w miejscu obecnego Belwederu, królowa Bona miała zachwycać się widokami, a włoskie belle vedere można przełożyć właśnie jako „piękny widok”. Inny Włoch, nadworny architekt Jana III Sobieskiego, Józef Szymon Bellotti, otrzymał od króla ziemię pod Warszawą, na której wybudował pałacyk i nazwał go Murano, na pamiątkę miejsca, z którego pochodził. Pałacyk znajdował się nigdzie indziej jak w rejonie dzisiejszego Muranowa.

Szkotom, a konkretniej jednemu szkockiemu generałowi Wilhelmowi Mierowi, zawdzięczamy dzisiejszy Mirów, a wraz z nim nazwy tamtejszych hal i placu. Mier jako dowódca pułku stacjonował w koszarach, których pozostałości widzimy naprzeciwko Hal Mirowskich.

Na sam koniec ulica Foksal znajdująca się nieopodal siedziby Agencji MAart.W XVIII w. teren ten zajmował pałac z ogrodem, w którym za czasów naszego ostatniego króla urządzono miejsce rozrywki dla zamożnych mieszkańców Warszawy; nadano mu angielską nazwę Vauxhall, odwołującą się do istniejącego ogrodu w Londynie.

I kto by pomyślał, że Warszawę i języki obce tak wiele łączy?

Kategoria: 

Strony