Ciekawostki

Ciekawostki

Code-switching

Jeśli macie rodzinę lub znajomych na przykład w Wielkiej Brytanii, na pewno zdarzyło wam się choć raz zastanawiać w trakcie przysłuchiwania się ich rozmowom, czego właściwie dotyczą.

Język niby ten sam – polski – ale jednak nie całkiem. Nagle w środku zdania pojawiają się niezrozumiałe słowa i wyrażenia –­ ciocia chce odpocząć na kałczu, wujek używa w pracy tubajforów, a kuzynce na wakacjach nad jeziorem dokuczały moskity. Większość z nas spotkała się kiedyś z podobną sytuacją, kiedy krewni lub znajomi z zagranicy posługują się pewnego rodzaju „hybrydą” języka polskiego i innego języka obcego. O ile w przypadku osób mieszkających od niedawna za granicą jest to prawdopodobnie forma zabawy językowej lub dostosowanie komunikacji do nowych realiów, o tyle w przypadku Polonii dwujęzycznej lub długo zamieszkującej dany kraj nie są to zwykłe wtrącenia czy zapożyczenia.

Socjolingwiści nazywają to zjawisko code-switching. Dotyczy ono naprzemiennego posługiwania się różnymi językami, dialektami lub rejestrami języka w obrębie jednej rozmowy, kiedy wszyscy interlokutorzy znają płynnie oba języki, dialekty czy rejestry. Code-switching dotyczy więc osób dwujęzycznych lub wielojęzycznych i występuje raczej w mowie.

Spanglish

Powszechnie takie odmiany języka jak tzw. Spanglish (Spanish + English) – utworzona przez hiszpańskojęzycznych mieszkańców Stanów Zjednoczonych – też często uznajemy za code-switching. W tym miejscu należy jednak rozróżnić code-switching od zapożyczeń. Zapożyczenia są wyrazami pochodzenia obcego, przyswojonymi przez dany język i używanymi przez jednojęzycznych użytkowników tego języka. Code-switching obejmuje wiele poziomów języka, nie tylko leksykę. Odróżniamy matrix language, język dominujący w rozmowie, do którego „przemycamy” elementy drugiego języka, zwanego po angielsku embedded. Zmiana dotyczy całych zdań, części zdania, samych słów, a nawet części słów, na przykład poprzez dodawanie polskich końcówek, jak w przypadku czasownika drajwować (od to drive ­– prowadzić).

Ponglish

Wiele podobnych przykładów występuje w tzw. Ponglish (Polish + English), polskim odpowiedniku Spanglish. Code-switching odbywa się bez pauz, bez zastanawiania się, często nieświadomie. Ponglish natomiast używany jest w dużej mierze na zasadzie świadomej zabawy językiem i niekoniecznie przez osoby, które posługują się płynnie językiem angielskim. Często odnosi się też do języka korporacji.

Sam Ponglish jednak jest także niezmiernie ciekawym zjawiskiem. Język polski jest niezwykle słowotwórczy, praktycznie z każdego słowa można za pomocą przedrostków czy końcówek stworzyć nowe wyrazy lub spolszczyć obce. Dobrym przykładem jest zapożyczenie z języka angielskiego słowa sorry, które następnie w języku potocznym przybrało przeróżne formy – od sorki i sorka po soraski. W Internecie znaleźć można słowniki slangu angielsko-polskiego czy słowniki Ponglish, w których znajdziemy takie wyrażenia i słowa jak ajdi (dowód osobisty), na jardzie (na podwórku za domem), ofisy (biura) czy być na lejofie (być zwolnionym, być na zasiłku dla bezrobotnych). Znacie jakieś ciekawe zapożyczenia z innych języków obcych?

Źródła:
https://www.thoughtco.com/code-switching-language-1689858
http://www.glottopedia.org/index.php/Code-switching
https://owlcation.com/humanities/Code-Switching-Definition-Types-and-Examples-of-Code-Switching

Kategoria: 

Alpaki, bardziej swojskie niż by się wydawało

Gdy ktoś wspomina o alpakach pierwsze co przychodzi nam na myśl to Peruwiańskie góry i kolorowo ubrani tubylcy. Więc informacja, że nie w pobliżu Warszawy, a w samej stolicy, konkretnie na Okęciu, znajduje się hodowla właśnie tych zwierząt może wielu zaskoczyć.

Hodowla alpak Huacaya (istnieją dwie rasy alpak, druga to Suri) została założona w 2013 roku, przez Agnieszkę Pawłowską, miłośniczkę zwierząt, która opisując siebie dla stacji TVN powiedziała „Wszystko, co się gdzieś znalazło, jak było chore, to trzeba było leczyć, jak było zdrowe, to trzeba było kochać i zawsze tak było”.

Kierowana właśnie tym zamiłowaniem, jeszcze przed alpakami właścicielka hodowała konie, których były dom jest obecnie zamieszkany przez alpaki. Co ciekawe, opieka nad tymi zwierzętami, przynajmniej w porównaniu do koni, jest naprawdę mało wymagająca, ponieważ stadem 28, z niewielką pomocą męża i dzieci, zajmuje się sama właścicielka. Nie oznacza to, że każdy może się wziąć za to zajęcie, szczególnie bez żadnej wiedzy. Ponieważ jak do każdej hodowli należy się przygotować nie tylko przez wybudowanie stajni(alpakarni), ale również poprzez zdobycie specjalistycznej wiedzy. Jest to łatwiejsze niż by się wydawało, jako że również w Polsce już od kilku lat odbywają się spotkania jak i wykłady na ten temat, niektóre z nich również w Warszawie, prowadzone przez Panią Agnieszkę.

Hodowla alpak
Alpaca

Te miłe i chętne do przytulania, choć jak ludzie o indywidualnych osobowościach zwierzęta, można zobaczyć na żywo po wcześniejszym kontakcie telefonicznym z właścicielką, choć w związku z ciągle rosnącym zainteresowaniem może się to okazać niemożliwe. Zainspirowana tym właśnie zainteresowaniem Pani Agnieszka 4 grudnia ubiegłego roku po raz pierwszy zorganizowała ogłoszone na Facebooku wydarzenie pt. „Mikołajki z Alpakami na Okęciu”. Wydarzenie to kompletnie przerosło oczekiwania organizatorki, jako że spodziewała się najpewniej kilkudziesięciu osób. Natomiast 2000 osób zaznaczyło „Wezmę udział”, a 7900 osób zaznaczyło „Zainteresowany” w wyniku czego dla dobra i komfortu zwierząt została ona zmuszona do ograniczenia ilość osób poprzez wprowadzenie zapisów przez email.

Hodowla Pani Pawłowskiej rozpoczęła się jako hobby, a obecnie, dzięki popytowi na alpaczą wełnę, jest również jej źródłem utrzymania. Jest to w Polce zaskakująco popularnym i lukratywnym biznesem. Jego prekursorem na rodzimym rynku jest Mariusz Wierzbicki z okolic Ciechanowa, który swoją hodowlę założył w 2004 roku. Od tamtego czasu popularność tego zajęcia stabilnie rośnie na co dowodem jest to iż obecnie zarejestrowanych w Polskim związku hodowców alpak jest około 30 osób, a nie wszyscy hodowcy są zarejestrowani. Więc szansa że jakiś czteronożny kuzyn wielbłąda biega gdzieś w pobliżu Waszego miejsca zamieszkania jest jak najbardziej realna, a przytulenie jednego z nich jest nie trudnym do spełnienia marzeniem. Również jeśli potrzebujecie pomysłu na oryginalny i praktyczny prezent, to może warto pomyśleć o czapce, lub szaliku z alpaczej wełny, którą wielu nazywa najszlachetniejszą.

Źródła:
http://metrowarszawa.gazeta.pl/metrowarszawa/7,141637,21072547,na-okeciu...
http://tvnwarszawa.tvn24.pl/informacje,news,okecie-to-nie-tylko-lotnisko...
https://pl-pl.facebook.com/pg/alpakinaokeciu

Kategoria: 

Kilka słów o neologizmach

Język jest żywym organizmem – słyszeliśmy to już niejednokrotnie. Trudno jednak nie zgodzić się z tym stwierdzeniem, szczególnie w dobie Internetu, kiedy język rozwija się tak prężnie. Słownictwo, którym się posługujemy, jest odpowiedzią na potrzeby wynikające z ciągłych zmian zachodzących głównie w dziedzinie nowych technologii.

Nieustannie tworzymy słowa i wyrażenia lub nadajemy nowe znaczenia istniejącym już słowom, a wiele z powstających neologizmów zapożyczamy z języków obcych, głównie z języka angielskiego. Twórcami takich neologizmów, a szczególnie anglicyzmów, jest w dużej mierze młodzież.

Często neologizmy powstają na potrzeby bieżących wydarzeń, tworzą je media tradycyjne lub użytkownicy mediów społecznościowych. Dobrym tego przykładem jest występująca w języku angielskim tendencja do tworzenia wyrazów zakończonych na –tivism, od słowa activism. Takie wyrazy to na przykład hacktivism – pojęcie odnoszące się do włamywania się w celach politycznych na serwery, aby uzyskać pewne dane – czy ironiczne slacktivism i clicktivism, odnoszące się do osób wyrażających poparcie polityczne w sieci, czyli w sposób wymagający minimalnego wysiłku.

Większość słów powstających w naszych czasach nierozłącznie wiąże się z rzeczywistością wirtualną – powstają one bardzo szybko, nie wszystkie jednak zostają przyswojone przez użytkowników. Wiele z wyrazów, którymi posługujemy się już na co dzień, znalazło się w nowym wydaniu „Wielkiego słownika ortograficznego PWN”. Pojawiły się tam takie hasła jak selfie, stalker czy niekapek. Wiadomo jednak, że słowniki w momencie ich wydania są już praktycznie nieaktualne.

Potrzebę rejestrowania na bieżąco nowych słów dostrzega Obserwatorium Językowe Uniwersytetu Warszawskiego. Jak czytamy na stornie internetowej Obserwatorium, „ich wartość nie polega jedynie na tym, że są nazwami nowych zjawisk, o których i tak wiadomo skądinąd, ale na tym, że jako elementy języka są znakami kultury, a więc dokumentem naszego postrzegania świata, myślenia o nim i odnoszenia się do niego. To, jak ich używamy, mówi tyleż o otaczającej nas rzeczywistości, ile o nas samych i przede wszystkim dlatego zasługuje na uwagę”.

Obserwatorium stworzyło więc projekt, który ma na celu bieżącą publikację nowych wyrazów, zgłaszanych przez samych internautów. Hasło może zgłosić każdy poprzez specjalny formularz. Na stronie, poza słownikiem i „hasłownikiem”, znajdziemy także eseje dotyczące najciekawszych haseł. Poza wyrazami takimi, jak barista czy audiobook, które zdają się już dobrze przyswojone przez użytkowników naszego języka, można znaleźć też mniej oczywiste, jak na przykład movieoke, elcede czy ripować.

Inną ciekawą inicjatywą jest plebiscyt wydawnictwa PWN na młodzieżowe słowo roku zorganizowany po raz pierwszy w 2016 r. Najwięcej głosów zdobyło w nim słowo sztos. Na drugim miejscu znalazł się czasownik ogarnąć, wraz z rzeczownikami ogar i nieogar, a na trzecim beka, masakra i powitanie gitara siema.

Warto więc obserwować język, którym posługujemy się w różnych sytuacjach życia codziennego, oraz ten, którym posługują się ludzie wokół nas. Możemy nauczyć się w ten sposób wiele na temat nas samych i naszego społeczeństwa. A dzięki nowym technologiom, które tak bardzo przyczyniają się do nieustannego wzbogacenia naszego słownictwa, można też aktywnie uczestniczyć w szczegółowym rejestrowaniu zachodzących w nim zmian. A jakie neologizmy waszym zdaniem są najbardziej reprezentatywne dla roku 2017?

Źródła:
http://nowewyrazy.uw.edu.pl/projekt.html
http://sjp.pwn.pl/ciekawostki/Mlodziezowe-slowo-roku-rozstrzygniecie-akc...
https://blog.oxforddictionaries.com/2017/06/kayaktivism/

Kategoria: 

It’s all Greek to me – czyli trochę o jedzeniu, (nie)przetłumaczalności i Greckich smakach w naszym życiu

Tradycyjne potrawy są niezaprzeczalnie ważną częścią kultury każdego kraju. Towarzyszą nam na co dzień – czasami nie zdajemy sobie więc sprawy z tego, jak specyficzne potrafią być dla naszego regionu i jak trudne może okazać się ich opisanie osobom z zagranicy. Od dawna toczymy debatę nad przetłumaczalnością lub nieprzetłumaczalnością nazw potraw. Jednak problem ten nie dotyczy tylko literatury, tłumaczeń użytkowych czy audiowizualnych. Często musimy sobie z nim radzić w codziennych sytuacjach życiowych, na wakacjach czy w rozmowach z gośćmi z zagranicy.

Co wówczas robimy? W przypadku niektórych potraw istnieje możliwość używania ekwiwalentów, jednak zazwyczaj czujemy, że trzeba jeszcze coś dopowiedzieć. Czy nasz pączek i angielski doughnut wywołują takie same skojarzenia? Oczywiście, że nie. Kiedy opowiadamy komuś z zagranicy o pysznych ciepłych pączkach z różą, tłumaczymy, że to taki doughnut, ale jednak bez dziurki, z trochę innym ciastem i z nadzieniem. Tak samo polskie naleśniki, francuskie crepes i amerykańskie pancakes nie oddają dokładnie tego samego. Zastanówmy się też nad zwykłym twarożkiem – okazuje się, że wcale nie jest taki zwykły. Jeśli ktoś chciałby zrobić sernik podczas pobytu w innym kraju, nie otrzymałby tego samego efektu. Z angielskiego cottage cheese, włoskiej ricotty, czy greckiego anthotiro (Ανθότυρο) otrzymamy trzy różne serniki.

Skoro już mowa o Grecji, pomówmy o języku greckim w naszym życiu. Dobrze wiemy, że każdy zna choć odrobinę tego języka, gdyż jest on obecny w praktycznie każdej dziedzinie życia. Posługujemy się nim na co dzień – kiedy idziemy z dzieckiem na wizytę do pediatry, kiedy wybieramy się do teatru czy kina, albo po prostu oglądamy film w telewizji. W większości przypadków robimy to nieświadomie. Czasami jednak mamy ochotę powspominać słoneczne wakacje w Grecji, lub przygotować śródziemnomorską kolację dla znajomych. Często wtedy sięgamy po przepisy na „greckie” potrawy, które cieszą się wielką popularnością w naszym kraju.

Co możemy upichcić w takim przypadku? Może rybę po grecku? Niestety, gdybyśmy poprosili Greka o tradycyjny przepis na rybę po grecku, bardzo by się zdziwił – ta lubiana przez nas potrawa Grekom jest zupełnie nieznana.

Greek Food

To może sałatkę grecką? W Polsce można spotkać się z wieloma wariantami tej sałatki. Jeśli udamy się do Grecji, spotkamy się tylko z jednym. Poprawnie przyrządzona sałatka grecka zawiera grubo krojone pomidory, ogórki, zieloną paprykę, cebulę czerwoną, oliwki, fetę, oliwę i oregano. Warto zwrócić jednak uwagę na jej nazwę. To, co zazwyczaj nazywamy sałatką grecką, w Grecji występuje pod nazwą „sałatka wiejska” (gr. χωριάτικη σαλάτα). W tym przypadku, nazwę potrawy przekładamy opisowo – tak żeby wskazać na pochodzenie sałatki.

A sałatka gyros? Tu odpowiedź jest prosta, w Grecji taka sałatka nie istnieje. Mięso gyros za to jak najbardziej, jednak nie jest to kurczak w przyprawie „gyros”. Sama nazwa (gr. γύρος) wskazuje, że mięso obraca się na rożnie, tak jak mięso do kebaba. Może to być mięso z kurczaka lub wieprzowe. Często podawane jest w chlebku pita (gr. Πίτα). Tutaj więc, zamiast tłumaczyć, przenieśliśmy nazwę grecką – straciła ona jednak swoje pierwotne znaczenie i odnosi się do innego typu potrawy.

Gyros

Na koniec przykład strategii udomowienia, czyli tłumaczenia polegającego na przybliżeniu odbiorcy elementu kultury obcej. Coraz częściej można spotkać w naszym kraju „pierożki greckie” z serem feta. Wiadomo, że nie przypominają one zbytnio polskich pierogów – tak samo, jak polskie pierogi niewiele mają wspólnego z często spotykanym angielskim ekwiwalentem dumplings. Tiropitakia (gr. τυροπιτάκια), czyli greckie pierożki z serem, mogą być przyrządzone np. z ciasta francuskiego albo z ciasta filo (gr. φύλλο κρούστας), chociaż istnieją też inne rodzaje ciasta, jak na przykład „ciasto wiejskie” (gr. χωριάτικο φύλλο). Tiropitakia więc tłumaczymy istniejącym polskim odpowiednikiem z krótkim objaśnieniem.

Jak widać, niełatwo jest przetłumaczyć nazwy potraw, niełatwo jest też wytłumaczyć, na czym one polegają, albo opisać, czym dokładnie różnią się od innych podobnych. W dzisiejszych czasach można spróbować potraw z całego świata w pobliskiej restauracji. Często zdaje nam się, że znamy daną kuchnię, co później może okazać się dość mylne. Czy można zatem mówić o przetłumaczalności nazw potraw? Pewne jest, że ich tłumaczenie nie jest łatwe, tak samo zresztą jak wszystkie inne elementy kultury. Istnieje jednak wiele technik tłumaczenia, spośród których możemy wybrać taką, która będzie najlepiej dopasowana do naszych potrzeb. Najlepiej jest podróżować i kosztować, jest to na pewno bardzo przyjemny sposób na naukę obcej kultury. A tymczasem, kiedy planujemy podać swoim gościom rybę po grecku, lepiej nie udawać Greka i nie zapraszać wcześniej na „grecką” kolację. A czy w języku greckim istnieje odpowiednik tego powiedzenia? Grecy mówią po prostu „nie udawaj Chińczyka”.

Kategoria: 

Czym jest Whisky?

Zaczynając od podstaw: jeśli chodzi o skład mieszanki, to woda, zboże, powietrze, ziemia, czas. Do pewnego momentu whisky produkuje się dokładnie tak, jak piwo (proces zacierania). O ile woda, zboże oraz czas zdają się dość oczywiste, tak ziemia i powietrze brzmią dość tajemniczo. Już wyjaśniam – ziemia w Szkocji jest bogata w torf, który ma niebagatelny wpływ na smak rosnących w niej zbóż, jak i jest wykorzystywana do suszenia ziaren. Powietrze z kolei jest szczególnie istotne dla whisky z rejonów np. Islay (mocne nuty słone oraz jodowane ze względu na morskie powietrze).

Historycznie whisky wywodzi się najprawdopodobniej z Irlandii, a nie, jak wydaje się wielu, ze Szkocji. Mnisi pędzili trunek znany jako aqua vitae (gaelicka nazwa uisge beatha). Szybko zaczęto używać skróconej nazwy uiskie, zaś od około 1715 r. ta ewoluowała do whiskiy. Obecna nazwa utrwaliła się oraz nabrała mocy prawnej około 1740 r.

Leżakowanie whisky
Leżakowanie whisky

Co ciekawe, nazwa współczesna whisky jest zastrzeżona wyłącznie do trunków pochodzących ze Szkocji, które leżakują tam co najmniej trzy lata. Inną popularną nazwą szkockiej odmiany trunku jest „Scotch”.

Inne kraje korzystają z nazwy whiskey (Irlandia, Japonia), Tennessee Whiskey, Bourbon (USA).

Jeśli chodzi o gatunki, to zacznijmy od podziału podstawowego na Single Malt oraz Blended. Jeśli na Twojej butelce jest napis Single Malt, oznacza to, że do użycia użyto tylko jednego rodzaju słodu. Jeśli zaś napis brzmi Single Cask Whisky, oznacza to, że whisky pochodzi z jednej konkretnej beczki, pojedynczej wytwórni i jednego destylatu. Blendy zaś to mieszanka różnych whisky typu Single Malt.

PICIE KONTRA DEGUSTACJA

Jak pić whisky? Tak, jak Ci smakuje – jeśli lubisz z colą, to pij z colą, jeśli z sokiem jabłkowym – też dobrze. Lubisz Manhattan? Nie ma problemu.

Trzeba jednak rozgraniczyć towarzyskie picie whisky od degustacji. O ile nie ma problemu z mieszaniem Ballantinesa czy Vat 69 (doskonała do drinków) z colą czy ze Spritem, to już zmieszanie Laphroaiga z colą zakrawa o delikatne świętokradztwo.

Dlatego warto zagłębić się w temat degustacji. Sama degustacja to proces niezwykle przyjemny, jednak warto wiedzieć ,od czego zacząć. Przede wszystkim – dobór trunku.

Dobre single malty dostaniemy już za około 100-200 zł. Warto kierować się następującą zasadą, szczególnie jeśli jest się początkującym: między whisky za 60zł a za 250 zł jest ogromna różnica w smaku, aromacie, finiszu, krótko mówiąc wszystkim. Różnica pomiędzy whisky za 250zł, a taką za 1000zł zaczyna być subtelna i dostrzegalna dla osób z dużym doświadczeniem. Powyżej 1000zł z kilkoma wyjątkami zaczyna się sugestia.

Jeśli wolisz whisky delikatniejsze, proponuję Bushmills Black Bush lub świetnego na początek Glenlivet 15YO, jeśli zaś wolisz coś o silniejszym bukiecie, to doskonały będzie Ardbeg 10 YO.

  1. Bushmills Black Bush
  2. Glenlivet 15 YO
  3. Ardbeg 10 YO 

Bushmills, Glenlivet, Ardbeg

JAK DEGUSTOWAĆ?

Copita Nosing Glass
Copita Nosing Glass

Kolejnym etapem jest zaopatrzenie się w szkło, o ile standardowa szklanka do whisky (tak zwana „whiskaczówka”) doskonale nadaje się do spotkań towarzyskich, to jednak kompletnie nie nadaje się do degustacji.

u polecam szkło o nazwie Copita nosing glass(lub jego wariacje), jednak najważniejszą rzeczą jest to, aby kieliszek przypominał kształtem tulipan. Najlepszym dodatkiem podczas degustacji jest odrobina niegazowanej i niemineralizowanej wody. Ze sprzętu to tyle, przejdźmy do kolejnych kroków degustacji.

  • Ocena Wizualna: Przechyl delikatnie kieliszek, oceniając barwę trunku. Warto podłożyć białą kartkę lub serwetkę. Dzięki temu lepiej widać barwę trunku.
  • Ocena zapachowa: Whisky, jako że jest to alkohol wysokoprocentowy, należy degustować powoli. Warto pozwolić receptorom zapachowym przyzwyczaić się do mocnego trunku. Tu z pomocą przychodzi woda – dolej około 30% wody na jedną miarkę alkoholu. W efekcie poziom alkoholu spadnie, a łagodniejsze aromaty zostaną uwolnione. Zrób kilka szybkich wdechów, koncentrując się na wspaniałych aromatach Twojej whisky.
  • Ocena smakowa: Najprzyjemniejszy moment to pierwszy łyk, który powinien być mały. Pozwól zapoznać się swoim kubkom smakowym z trunkiem. Zrób to ostrożnie, analogicznie względem oceny zapachu oceń aromaty: przód języka to aromaty słodkie, boki to oczywiście słony, a gorycz i wytrawność to domena tylnej części języka. Po przełknięciu nie popijaj whisky, zatracisz przez to moment końcowy, w którym smaki staną się dla Ciebie najłatwiej wyczuwalne.

Słowo końcowe

Nie ma absolutnie nic z złego w tym, by posiłkować się fachową literaturą czy innymi źródłami np. stroną producenta. Taka lektura dostarczy Ci pomocnych wskazówek i nakieruje na aromaty, których powinieneś poszukiwać w swojej whisky. Dowiesz się również, co stoi za jej barwą oraz poznasz historię danej destylarni.

A więc od jakiej whisky zaczynasz degustację?

Kategoria: 

Kilka rzeczy, które chcielibyście wiedzieć o językach świata, ale nie wiedzieliście, że możecie o nie zapytać

Kiedy decydujemy się na to, by zacząć przygodę z nauką kolejnego języka obcego, często zadajemy sobie kilka pytań, które mają nam ułatwić wybór: Czy muszę się nauczyć nowego alfabetu? Jak opanować zupełnie nietypową wymowę? Jak odczytać te „chińskie znaczki”? Czy warto w ogóle się w to angażować?

Zdecydowanie warto. Nauka języków obcych jest świetnym sposobem na „rozgrzanie” szarych komórek i zadbanie o dobrą kondycję mózgu. Może stać się również świetnym sposobem na poszerzenie swoich horyzontów i wiedzy, której nie ograniczają bariery języka ani kultury.

Mało kto jednak zastanawia się nad tym, dlaczego dany język posługuje się takim, a nie innym systemem pisma, czy też skąd biorą się jego pewne nietypowe, charakterystyczne cechy. Wiele spośród najpopularniejszych języków na świecie wciąż kryje przed nami tajemnice i zaskakuje nas swoją różnorodnością, którą postanowiliśmy Wam nieco przybliżyć.

Opracowano na podstawie: https://www.buzzfeed.com/alexreichert/things-you-may-not-know-about-10-foreign-languages-axb5?utm_term=.mgxNN5MDn4#.gi3ZZzkDMK

Arabski

Samogłoski w języku arabskim mogą być długie lub krótkie. Warto wiedzieć, że krótkie samogłoski najczęściej nie są zapisywane. Można to zauważyć na przykład w słowie „Madrasa” (które oznacza szkołę). Zapisuje się je jako „mdrsa”, jednak użytkownicy arabskiego dokładnie wiedzą, jak je odczytać i jakich samogłosek użyć. W Koranie natomiast zapisano zarówno długie, jak i krótkie dźwięki, które w pisowni mają formę znaków umieszczanych poniżej lub powyżej spółgłosek. W ten sposób zagwarantowano, że tekst świętej księgi muzułmanów będzie zawsze odczytywany prawidłowo.

Ponadto, język arabski posiada rozbudowany system odmiany czasownika, w tym pięć trybów: orzekający, przypuszczający, rozkazujący, życzący i energetyczny, który używany jest do podkreślenia pewności, np. jaktubun "on z pewnością pisze".

Arabic

Koreański

Pismo koreańskie często uchodzi za najbardziej „naukowy” system znaków służących do zapisu języka na świecie. W odróżnieniu od innych sposobów zapisu pismo koreańskie zostało wymyślone i opracowane przez władcę Korei. Litery koreańskiego alfabetu połączone są w taki sposób, że tworzą bloki sylab. Kształty liter w swoim zamyśle miały odwzorowywać układy warg podczas ich wypowiadania.

Chinese

Japoński

Język japoński posługuje się trzema różnymi systemami zapisu: katakaną, hiraganą oraz kanji. Katagana służy najczęściej do zapisu słów obcego pochodzenia oraz wyrazów naśladujących dźwięki. Kanji powstało na podstawie znaków chińskich. Hiragana natomiast używana jest przy zapisywaniu partykuł gramatycznych i słów, dla których nie ma odpowiedników zapisu kanji. Służy ona również do odmiany czasowników i przymiotników.

W języku japońskim występują jedynie dwa czasy: przeszły oraz teraźniejszo-przyszły. Ogromną rolę odgrywa także język grzecznościowy – keigo – który wymusza na osobie mówiącej wybieranie odpowiedniej formy zwrotu do adresata spośród kilkudziesięciu różnych zaimków i innych form grzecznościowych.

Japanese

Chiński

Najpopularniejsze spośród wielu dialektów języka chińskiego to mandaryński i kantoński. Każdy dialekt może zawierać różne „tony”; oznacza to, że inna intonacja słowa lub sylaby może całkowicie odmienić jego znaczenie. Na powyższym obrazku widzimy zapis wiersza, w którym każda sylaba wypowiadana jest jako „szi” - historia opowiedziana w wierszu nabiera sensu dopiero dzięki znaczeniom wyrazów nadawanym przez tony.

Niemiecki

Niemiecki to jedyny język na świecie, w którym wszystkie rzeczowniki pisze się od wielkiej litery. Znany jest on również z baaaaaaardzo długich słów - wiele wyrazów może być ze sobą łączonych i zestawianych w bardzo prosty sposób. Jako przykład możemy przywołać tutaj „słowo-gąsienicę” “Donaudampfschifffahrtselektrizitätenhauptbetriebswerkbauunterbeamtengesellschaft”, które oznacza „Stowarzyszenie pracowników niższego i średniego szczebla w centralnym biurze zarządu do spraw obsługi elektrycznej łodzi parowych na Dunaju”.

Farsi (perski)

W języku farsi, czyli po persku, mówi się na terenie Iranu, Afganistanu i Tadżykistanu. Mimo że do jego zapisu używa się alfabetu arabskiego, należy on do rodziny języków indoeuropejskich, co oznacza, że ma on dużo więcej wspólnego z polskim i angielskim niż z arabskim.

Hiszpański

W Stanach Zjednoczonych mieszka ponad 40 milionów rodzimych użytkowników języka hiszpańskiego. Naukowcy przewidują, że do roku 2050 USA wyjdą na prowadzenie pod względem liczby obywateli posługujących się hiszpańskim, zostawiając w tyle Meksyk, kraje Ameryki Łacińskiej oraz samą Hiszpanię. Już dziś mieszka tam więcej osób mówiących właśnie w tym języku niż tych posługujących się chińskim, francuskim, włoskim, hawajskim czy polskim – razem wziętych!

Opracowano na podstawie: https://www.buzzfeed.com/alexreichert/things-you-may-not-know-about-10-foreign-languages-axb5?utm_term=.mgxNN5MDn4#.gi3ZZzkDMK

Kategoria: 

Wokół herbaty – Earl Grey

Herbata to zaraz po Big Benie, czerwonych autobusach i czarnych taksówkach symbol Wielkiej Brytanii. To właśnie tam rozpoczęły swą działalność najstarsze firmy herbaciane świata, jak np. Twinings. Wśród niezliczonych gatunków i aromatów niezaprzeczalnie wyróżnia się herbata Earl Grey, której historia jest równie ciekawa jak sam smak.

Swoją nazwę Earl Grey zawdzięcza hrabiemu Charlesowi Grey (Earl Charles Grey), który w latach 1830-1834 pełnił urząd brytyjskiego premiera. Legenda mówi, iż hrabia otrzymał mieszankę od chińskiego mandaryna, jako podziękowanie za ocalenie tonącego syna. Inne przekazy głoszą, iż służący lorda uratował syna hinduskiego radży przed atakiem tygrysa i to herbata była właśnie wyrazem uznania. Podobno mieszanka tak posmakowała Greyowi, że natychmiast zlecił Thomasowi Twinnigowi jej produkcję.

Mimo wszystko jednak, najbardziej prawdopodobna historia tej wyjątkowej herbaty rozpoczyna się w Chinach, skąd transportowano ją statkami. Aby liście herbaty nie spleśniały i nie przeszły zapachem ryb w lukach transportowych, zabezpieczano je cytrusowym olejkiem owocu Bergamotte.Niezwykle aromatyczny napar Anglicy nazwali imieniem jej wielkiego wielbiciela, lorda Charlesa Greya. Na jego cześć jedna z najstarszych firm herbacianych TWININGS w Anglii wprowadziła na rynek herbatę pod nazwą Earl Grey, rozpowszechniając ją niebawem na całym świecie.

Herbatę Earl Grey serwuje się najczęściej bez dodatku mleka, choć ja lubię ją właśnie taką :)Metryka herbaty Earl Grey:

  • Pochodzenie: chińskie herbaty liściaste
  • Smak: lekko słodki, aromatyczny
  • Aromat: cytrusowy, niepowtarzalny
Kategoria: 

Corpo controlling, audit, programing, czy może zwyczajny kleping?

Artykuł z dnia 30.09.2013 w zielonogórskim wydaniu Gazety.pl pod tytułem „Godnie, czyli ile?” na temat porównania  kosztów życia i zarobków w różnych częściach Polski i Europy jest popularny, dlatego że ludzie generalnie lubią dyskutować o pieniądzach.

Mnie się jednak najbardziej spodobały dowcipne komentarze zamieszone pod  tekstem, głównie przez programistów, na temat przytoczonej w artykule nazwy stanowiska zapożyczonej z języka angielskiego. Wybrane komentarze przytaczam poniżej dla rozrywki.

Wydawałoby się, że większość ludzi pracujących w biznesie przyzwyczaiła się już tych się do kontrolingów, mobbingów, eventów, deadlinów, auditów itp., ale może jednak nie do końca. Od dłuższego czasu nie słyszałam żeby wypowiadali się na ten temat tak zdecydowanie poloniści, a już tym bardziej programiści. Czyżby ‘corpo-lenguydż nie wszedł do uzusu aż tak mocno, jak się niektórym naszym ‘managerom’ zdaje?

Re: Godnie, czyli ile? IP: *.dynamic.chello.pl

Gość: Gość 30.09.13, 17:33 Odpowiedz

> Co ten gostek zatrudniony w banku pieprzy? Zajmuje sie "kontrolingiem"? To jakis
> kompletny debiling!

Obiektywnie masz całkowitą rację. Niestety w praktyce ów "(neo)debiling" jest bardzo popularny, tzn. uprawia go, a nawet wzajemnie prześciga się w nim większość osób w miejscu pracy, zarówno współpracownicy jak i kierownictwo. Kto próbuje się od tego zdecydowanie odcinać, nierzadko najpierw ląduje "na świeczniku", a później "na wylocie".

Tłum ogarnięty owczym pędem jest gotów stratować jednostki wyróżniające się (zdrowy rozsądek nie gra tu roli, wręcz przeciwnie - zasadą instynktu stadnego jest jego brak), a przełożony z chęcią pozbędzie się osobnika uprzednio wyostracyzowanego przez grupę.

Re: Godnie, czyli ile? IP: *.adsl.inetia.pl

Gość: Magda 30.09.13, 17:53 Odpowiedz

Controlling finansowy – instrument zarządzania będący częścią controllingu przedsiębiorstwa. Zajmuje się ustalaniem zapotrzebowania na środki finansowe, opłacalnością sposobów finansowania przedsiębiorstwa, kosztami i zyskiem, płynnością finansową i oceną efektywności inwestowania kapitału.

o    Re: Godnie, czyli ile? IP: *.dynamic.chello.pl

Gość: Gość 30.09.13, 18:19 Odpowiedz

To, że bzdurę ktoś wpisał do słownika nie znaczy że przestała być bzdurą (kiedyś bzdury do słowników po prostu nie trafiały, dziś jest niestety inaczej).

> Controlling finansowy

Super, jeszcze lepiej. Łebkowi który "usankcjonował" ten termin nawet nie chciało się ani odrobinę spolszczyć (tzn. napisać przez "k" i jedno "l") i tak niepotrzebnego obcego słowa. Pewnie dostał za to medal przodownika neokorpodebillingu (przez dwa "l"!).

Przypomina to troche karierołebków, którzy ubzdurali sobie używanie terminu "audit" w języku polskim, ostentacyjnie (a jakże!) ignorując istnienie spolszczonego dawno temu słowa "audyt".

§  Re: Godnie, czyli ile? IP: *.dynamic.chello.pl

Gość: jj 30.09.13, 19:25 Odpowiedz

oczywiście facet napisał "kontroling" - sprawdź sobie powyżej. to że nie wiesz co to znaczy to twój problem - w wielu firmach tego rodzaju dział istnieje. Zawiśc i złośc ci miesza w głowie. było się bardziej starać - tez mógłbyś tyle zarabiać.

§  Re: Godnie, czyli ile? IP: *.dynamic.chello.pl

Gość: Troll 30.09.13, 21:46 Odpowiedz

A ja zajmuje sie programingiem na który składa się siedzing i pisaning.

§  Re: Godnie, czyli ile? IP: *.dynamic.chello.pl

Gość: Gość 30.09.13, 22:21 Odpowiedz

> A ja zajmuje sie programingiem na który składa się siedzing i pisaning.

Siedzing jak siedzing, ale programing to jednak przede wszystkim myśling i projekting - sam pisaning to realnie jedynie jakieś 10%-20%.

§  Re: Godnie, czyli ile? IP: *.dynamic.chello.pl

Gość: Gość 30.09.13, 22:28 Odpowiedz

...no chyba że chodzi o code-kleping.

§  Re: Godnie, czyli ile?

profesorgabka 01.10.13, 16:50 Odpowiedz

No tak, ale programujesz Elektroniczną Maszynę Cyfrową, czy po prostu komputer, jak to "jakiś debil dodał kiedyś do słownika"?

(…)

@pszczy2000, a dziennikarz zajmuje się pissingiem

dzielanski 01.10.13, 09:52 Odpowiedz

Kontroler zajmuje się kontrolingiem, dziennikarz spisujący jego wynurzenia zajmuje się pissingiem. Grunt, że bankowcy znają języki obce!
A swoją drogą, 'szczoting podłogas" brzmi nawet lepiej niż "konserwacja powierzchni płaskich". Korpo-językoznawcy do dzieła!

Źródło: http://zielonagora.gazeta.pl/zielonagora/1,35161,14696286,Godnie__czyli_ile_.html

Kategoria: 

Sushi u shoguna na górze Fuji, czyli parę słów o wymowie japońskich wyrazów

Choć nie wszyscy zdają sobie z tego sprawę, japoński system fonetyczny jest bardzo zbliżony do tego, którym posługują się użytkownicy języka polskiego.

Większość samogłosek i spółgłosek wymawia się tak samo jak w naszym języku ojczystym lub bardzo podobnie. Co ciekawe, dotyczy to również spółgłosek szczelinowych i zwartoszczelinowych (konkretnie ć, ś i ). Prawidłowa wymowa słów takich jak „sushi”, „ninja”, „shogun” czyFuji” nie powinna zatem zawierać polskich głosek cz, sz, czy . Oznacza to tyle, że zamiast suszi powinniśmy mówić susi, zamiast nindżanindzia, zamiast Fukuszima Fukusima i tak dalej.

Upowszechniona w Polsce wymowa tego rodzaju wyrazów przez cz, sz i jest rezultatem przyjęcia w naszym kraju międzynarodowej transkrypcji dźwięków japońskich (tzw. „transkrypcja Hepburna”) opartej na angielskim systemie fonetycznym i angielskiej pisowni. Zgodnie z jej zasadami japońskie ś zapisuje się jako „sh”, ć – jako „ch”, a – jako „j” (wymawiane podobnie do polskich głosek sz, cz ), w języku angielskim nie ma bowiem bliższych odpowiedników tych dźwięków. Nie jest więc niczym dziwnym, że zaznajomiony choć w niewielkim stopniu z angielskim użytkownik języka polskiego, widząc wyraz taki jak „shogun”, dochodzi do logicznego wniosku, że powinien mówić szogun, a nie siogun. Mimo to jednak, choć dawniej nikomu poza japonistami nie przyszło nawet do głowy, żeby wspomniane głoski w japonizmach wymawiać jako ć, ś i , ostatnio coraz częściej słyszy się w Polsce taki sposób artykulacji.

Kategoria: 
Tagi: 

Gwiezdne wojny o tytuł nowego filmu „Star Trek”

Fani sprzymierzyli się w walce o nowy tytuł nadchodzącego 12. filmu z serii „Star Trek”

Już formułując tytuł tego postu, wiele ryzykuję, ponieważ obie grupy (fani „Star Treka” i „Gwiezdnych wojen”) nie żyją w najlepszej komitywie, a przynajmniej taki krąży stereotyp. Jednak bitwa o tytuł nowego filmowego dzieła J.J. Abramsa (który notabene ma być łącznikiem pomiędzy zwaśnionymi fandomami, ponieważ, jak głosi plotka, zdecydował się na reżyserowanie także nowego filmu spod szyldu „Star Wars”) pt. „Star Trek Into Darkness” przybrała prawdziwie kosmiczne rozmiary. Jak każdy klasyczny dramat, składa się on z trzech aktów.

Akt I

Polscy fani „Star Treka” dowiadują się, że tłumaczenie tytułu ma brzmieć „W ciemność. Star Trek”. Swoje niezadowolenie manifestują, zakładając fanpage na portalu społecznościowym Facebook, na którym zamieszczają swoje propozycje zmiany tytułu oraz zastrzeżenia do nazwy zaproponowanej przez dystrybutora. Wśród nich pojawiają się głosy, że taki tytuł może niefortunnie kojarzyć się z filmem Agnieszki Holland „W ciemności” lub z potocznym wyrażeniem „w ciemno”, a także że sformułowanie to powinno być umieszczone za nazwą serii. Choć niewielka (ok. 500 osób), ta nieformalna grupa spotkała się z szerokim odzewem medialnym.

Niestety dystrybutor pozostaje nieczuły na apele społeczności fanów i nie jest nawet specjalnie skory do rozmów. Swoją decyzję uzasadnia wytycznymi producentów, którzy polecili, aby człon „Into Darkness” był głównym tytułem; taki zapis jest odzwierciedlony na plakatach promujących produkcję.

Akt II

Na tłumaczenie tytułu w swoim kraju zareagowali także nasi wschodni sąsiedzi. Rosyjski tytuł wyczekiwanego filmu ma bowiem brzmieć w dosłownym tłumaczeniu „Star Trek. Zemsta”, co z nieznanej przyczyny odbiega od oryginalnego znaczenia. Dodatkowo sam człon „Star Trek” został zapisany jako transliteracja angielskich słów, a nie tłumaczenie na rosyjski, jak do tej pory spójnie dystrybuowane były poprzednie produkcje. I w tym wypadku dystrybutor nie przystał na zmianę tytułu, argumentując, że wybrano go w oparciu o badania opinii publicznej. Wydaje się jednak bardziej chętny do negocjacji, bo zapowiedział, że chętnie skorzysta z pomocy fanów przy tłumaczeniu całego filmu na wersję dubbingową.

Akt III

Najświeższe kontrowersje w związku z tytułem nowego filmu nie mają jednak nic wspólnego z tłumaczeniem i pochodzą z anglojęzycznej Wikipedii. W połowie stycznia 2013 roku, czyli długo po ogłoszeniu oryginalnego tytułu, na forum dyskusyjnym edytorów podstrony poświęconej filmowi rozgorzała prawdziwa bitwa, którą (bardziej z rozbawieniem niż z faktycznym przejęciem) obserwuje internetowy światek.

Sprawa rozbija się o interpretację tytułu (czy ma być traktowany jako pełne zdanie lub równoważnik zdania, czy jako dwuczłonowy tytuł; niektórzy dopatrują się nawet złożonego czasownika „to trek into”), a co za tym idzie – o zapis. Najwięcej wątpliwości wzbudza przyimek „into” rozpoczynający się wielką literą. Zamieszanie potęguje fakt, że jest to dopiero drugi film pełnometrażowy, w przypadku którego zerwano ze starą formułą nadawania tytułów, mających do tej pory następujący format: „Star Trek: …”. Bez znajomego dwukropka fani są „Zagubieni” (kolejny tytuł wyprodukowany przez J.J. Abramsa).

O co to całe poruszenie? – można by spytać. Wierni fani serii zapewne i tak udadzą się do kin i kupią bilety bez względu na tytuł, jaki się na nich znajdzie. Dużo ważniejsze jest natomiast odnotowanie przemiany, jaka dokonała się w odbiorcach tłumaczeń za sprawą nowoczesnych technologii i portali społecznościowych. Do tej pory byliśmy skazani na przyjmowanie lepszych czy gorszych (albo jeszcze gorszych) tłumaczeń tytułów filmów w chwili, gdy pojawiały się oficjalne plakaty. Natomiast dziś, w erze internetowego marketingu szeptanego, gdy producenci i dystrybutorzy podsycają zainteresowanie konsumentów dzięki „wyciekom” na długo przed dystrybucją, grupy fanów (a rzadko zdarzają się grupy bardziej aktywne i przywiązane do tytułu czy twórcy niż fani książek i filmów fantasy/sci-fi) mogą się organizować i przypuszczać zmasowany, łatwy do nagłośnienia atak na odpowiedzialne podmioty.

Warto jednak pamiętać, że niekoniecznie za tłumaczenia odpowiadają tłumacze, coraz częściej są to raczej specjaliści od marketingu. Mówi o tym Krzysztof Mościcki, tłumacz list dialogowych serialu „Star Trek”, który broni się przed zarzutami pod swoim adresem umieszonymi na czarnej liście „tłumoków”, którzy według twórców strony „tłumoczą” w odróżnieniu od tłumaczących tłumaczy (patrz pkt 2). Kiedy więc zdziwi nas lub zirytuje kolejne polskie „tłumaczenie” tytułu filmu, pamiętajmy, że najpewniej stoi za nim ktoś inny niż Bogu ducha winny tłumacz.

Kategoria: 
Tagi: 

Strony