Język

Mizeria w menu

Próbując wczuć się w rolę cudzoziemca spragnionego specjałów polskiej kuchni, z łatwością wyciągniemy wniosek, że jedną z pierwszych rzeczy, na które zwróci on uwagę po wejściu do baru czy restauracji, jest niewątpliwie menu – istotne nawet bardziej niż wystrój, przyjemna atmosfera i kompetentna obsługa. Wydawałoby się zatem, że karty dań i ich poprawne tłumaczenie na języki obce powinny być przedmiotem największej troski właścicieli restauracji, okazuje się jednak, że w Polsce ich stan pozostawia wiele do życzenia. Pomijamy sytuacje, w których menu po prostu nie jest tłumaczone na inne języki. Kto wie, czy nie gorzej jest, jeśli tłumaczenia istnieją, ale są niepoprawne, co nie tylko wprowadza w błąd zagranicznych gości, lecz także źle świadczy o stosunku restauratorów do klienta. Jak bowiem dowodzi przeprowadzony przez nas rekonesans, wizyta w restauracji może być dla cudzoziemca co najmniej zabawnym, jeśli nie przerażającym doświadczeniem. Dlaczego? Przyjrzyjmy się, jakich doznań kulinarnych może się spodziewać niemówiący po polsku klient naszych restauracji.

Tłumaczenia kart dań na język angielski – na tym bowiem języku się skupimy – są pełne niewłaściwych sformułowań i literówek, co można by litościwie przemilczeć, gdyby nie prowadziło to w niektórych przypadkach do bardzo poważnych zakłóceń komunikacji. Czasami błędy są na tyle znaczne, że cudzoziemcy mogą powziąć zupełnie niewłaściwe mniemanie o tym, co może się znaleźć na ich talerzu. Przykłady można mnożyć. Tak oto w popularnej warszawskiej pizzerii nieopodal Nowego Światu wśród deserów znalazła się… mysz cytrynowa z bitą śmietaną (lemon mouse with whipped cream), a do sałatek dodaje się słodki róg (sweet horn, zapewne pomylony z kukurydzą – sweet corn). Te niewątpliwie wyszukane specjały można popić iskrzącą wodą ze straganu (stall and sparking water). W bardziej prestiżowych restauracjach jest niewiele lepiej. We flagowej restauracji znanej restauratorki udzielającej się na co dzień w mediach cudzoziemiec może na przykład posmakować aktualnej czarnej galaretki (black current jelly) – być może ta niezwykła nazwa pozwoli mu przynajmniej mieć nadzieję, że deser będzie świeży… Jeśli zaś sama galaretka okaże się daniem zbyt skromnym, by zaspokoić głód, zawsze można zmienić lokal i w chińskiej restauracji na placu Teatralnym poddać się prawdziwemu kulinarnemu eksperymentowi – spróbować pluszowej kaczki z imbirem i warzywami (teddy duck with ginger and vegetables). W kolejnym lokalu pretendującym do miana ekskluzywnego, restauracji mieszczącej się w samym sercu Starówki, w angielskiej karcie dań znajdziemy stary polski zaledwie bulion (old polish [sic!] barely broth), intrygujące połączenie trzewi wołowych z ciasteczkami (beef entrails with cakes), a także dziwaczne kombinacje wielojęzyczne, jak rind-pork loin with green pfeffer sauce czy chop de Volaille mit Nüssen.

Korzystając z pięknej letniej aury, wielu przybyszów z zagranicy zawita z pewnością do naszych znanych miejscowości wypoczynkowych. Zmartwi ich więc zapewne wiadomość, że fatalne tłumaczenia kart dań nie są bynajmniej domeną wyłącznie restauracji zlokalizowanych w stolicy. Gdyby więc jakiś turysta podczas wakacyjnych wojaży trafił do pewnej popularnej sopockiej restauracji, zyska nieocenioną możliwość oderwania się od niewymagających lektur plażowych i zmierzenia się z prawdziwą intelektualną łamigłówką w postaci tajemniczych nazw potraw takich jak penne z szynką i „kulinem” (penne with ham with kulin creme souce) czy ryba podawana z „risotto alliaceous” (served from rissotto alliaceous in sauce from green pepper). Nazwa tego ostatniego dania niewątpliwie brzmi bardziej wyszukanie niż zwyczajne „risotto czosnkowe” (garlic risotto), kto wie zatem, czy tego rodzaju zabieg językowy nie był przemyślanym chwytem marketingowym. Na drugim końcu Polski wielbiciele gór też znajdą coś dla siebie – w zakopiańskiej restauracji tradycyjnej mogą pokusić się o pieczone jabłka z przemoczonymi śliwkami (baked apples with soaked plums)…

To tylko kilka przykładów niepoprawności i niechlujstwa angielskich wersji menu. Jeśli dodać do tego literówki, od których roją się anglojęzyczne karty dań (by wymienić tylko kilka: cocumber, mushroms, yogurt, garlik, carp soute, spring water-bassed soup, one chuge cutlet…), oraz wielką niespójność tłumaczeń (w naszych poszukiwaniach natrafiliśmy na przykład na kilka odpowiedników nazwy „pierogi” – m.in. dumplings, pieroshki, piroshki, pierogis, pierogies), wyłania się z tego dość ponury obraz polskiej gastronomii. Ostrzegamy zatem: wybranie się z zagranicznymi przyjaciółmi do polskiej restauracji może być ryzykowne i wymaga anielskiej cierpliwości, niezbędnej do wyjaśnienia cudzoziemcom, co tak naprawdę autorzy menu mieli na myśli. Zadziwiająca jest przy tym obojętność, z jaką właściciele restauracji podchodzą do czegoś, co przecież stanowi wizytówkę ich firmy. W jednej z toruńskich kawiarni na przykład przez kilka lat można było natrafić na karty dań poprawione długopisem przez gościa, który nie mógł zapewne znieść kaleczenia angielszczyzny. Dopiero w tym roku podjęto nareszcie trud wydrukowania ich na nowo, tym razem bez kompromitujących błędów.

Zadziwiające jest to, że kwestia mająca tak wielki wpływ na wizerunek Polski – którą chcielibyśmy przecież postrzegać jako nowoczesny kraj, nie tylko w sensie geograficznym leżący w centrum Europy – jest do tego stopnia spychana na margines. Jednym z celów kampanii społecznościowej Translate Poland zainicjowanej przez Agencję MAart jest walka z tego rodzaju obojętnością na kwestie językowe w przestrzeni publicznej. Na stronie internetowej projektu (http://www.translatepoland.pl) można znaleźć liczne propozycje tłumaczeń nazw potraw. Skorzystanie z tych podpowiedzi z pewnością ułatwiłoby życie cudzoziemcom i pozwoliłoby nam nieco zyskać w ich oczach.

Kategoria: 
Tagi: 

Wielojęzyczność w pytaniach i odpowiedziach

Zachęcamy do zmierzenia się z quizem dotyczącym języków europejskich zamieszczonym na stronie internetowej Komisji Europejskiej pod adresem http://ec.europa.eu/education/languages/quiz/quiz3964_pl.htm. Quiz składa się z kilkudziesięciu pytań. Jego wyniki można poznawać na bieżąco, a dociekliwi ucieszą się zapewne z wyczerpujących komentarzy, którymi opatrzona jest każda odpowiedź.

Każdego dnia na stronie pojawia się nowe pytanie, warto więc zaglądać na nią regularnie.

Powodzenia!

Kategoria: 

(Nie tylko) językowy savoir-vivre

Wszyscy znamy sprawę jednej z sieci księgarń, której pracownikom polecono zwracać się do klientów płacących kartą po imieniu. Takie postępowanie miało, w rozumieniu specjalistów od public relations, ocieplić kontakty obsługi z kupującymi i służyć budowaniu przyjaznej atmosfery. Jak jednak można wywnioskować z medialnych komentarzy, ta strategia skracania dystansu odniosła skutek odwrotny do zamierzonego. Większość klientów czuła się jeśli nie oburzona, to przynajmniej zdezorientowana takim spoufalaniem się sprzedawców, w związku z czym właściciele sieci wycofali się z pomysłu, uzasadniając to tym, że „potrzeba trochę więcej czasu, aby nasz krąg kulturowy przekonał się do takiej formy komunikacji”.

Jak można z tego wywnioskować, jedną z podstawowych zasad „naszego kręgu kulturowego” jest szacunek dla cudzego imienia (i, jak się dalej przekonamy, także nazwiska). Choć za pośrednictwem telewizji i Internetu przenikają do nas zagraniczne – głównie amerykańskie – wzorce, upłynie jeszcze dużo wody w Wiśle, zanim wszyscy Polacy zaczną się do siebie zwracać po imieniu. Wszelkie próby skracania dystansu polegające na zwracaniu się do rozmówcy per panie Janku, pani Agato (powszechne zwłaszcza wśród pracowników banków i specjalistów obsługi klienta czy zarządzania zasobami ludzkimi) są niezgodne z polskim obyczajem i choć wśród młodszych osób nie budzą większego sprzeciwu, dla starszych bywają rażące. Nie chodzi tu oczywiście o sytuacje prywatne, gdy po imieniu mówi nam ktoś bliski, lecz o takie, gdy robi tak ktoś zupełnie nam obcy albo ledwo znany; jest to tym bardziej nie na miejscu, jeśli postępuje tak osoba młodsza w stosunku do starszej.

Podobnie jest z nazwiskiem, którego również nie powinno się używać bezpośrednio w odniesieniu do rozmówcy. Niewłaściwe jest także zaczynanie oficjalnych listów (czy to tradycyjnych, czy elektronicznych) słowami Szanowny Panie Kowalski, czyli zwrotem grzecznościowym połączonym z nazwiskiem. Zgodnie z polską etykietą w nagłówku powinien wystąpić wyłącznie zwrot grzecznościowy, ewentualnie z tytułem zawodowym lub naukowym (na przykład Szanowny Panie Profesorze), ale bez nazwiska. Częste ostatnio stosowanie w tym kontekście nazwiska (czasem także imienia lub imienia i nazwiska) wynika zapewne z kopiowania angielskiego sposobu zwracania się do adresata.

Powielanie zagranicznych zwrotów grzecznościowych nie musi jednak być aż tak niestosowne jak w przykładach podanych powyżej. Powszechne od niedawna wyrażenie Miłego dnia!, ukute na wzór angielskiego Have a nice day i słyszane najczęściej z ust sprzedawców lub pracowników infolinii, wydaje się dość sympatycznym sposobem pożegnania z klientem. Na pewno także w odpowiedzi na pytanie Co słychać? przyjemniej usłyszeć podszyte amerykańskim optymizmem Świetnie! niż tradycyjne polskie Jako tako czy Stara bieda.

Skłonność do narzekania wydaje się skądinąd jedną z polskich cech narodowych, co szczególnie rzuca się w oczy cudzoziemcom przybywającym z wizytą do naszego kraju. Jednym z tematów, który Polacy najchętniej podejmują w rozmowie z nowo poznanymi osobami – na przykład w kolejce u lekarza czy w taksówce – jest bowiem wspólne narzekanie – na zdrowie, pogodę, władze, zarobki… Nie najlepiej znoszą to przedstawiciele innych kultur, zwłaszcza Stanów Zjednoczonych, gdzie ceni się postawę typu „keep smiling”.

Niekiedy obcokrajowcy przebywający w Polsce dziwią się także, że Polacy tak często przepraszają. Przepraszam, która godzina?, Przepraszam, czy mogę prosić o ogień?, Przepraszam, upuściła pani chusteczkę – można by pomyśleć, że faktycznie często czujemy się winni bez powodu. Taki sposób zwracania się do innych to jednak właśnie przejaw polskiej grzeczności. Nie ma w tym nic dziwnego, skoro od dziecka jesteśmy uczeni „magicznych słówek” – proszę, dziękuję, przepraszam – które tworzą swego rodzaju złotą trójkę naszej etykiety językowej.

Do wyróżników polskiej grzeczności należy także gościnność. Przejawia się ona też w języku – na przykład w zachętach do jedzenia i picia, które gospodarze kierują do gości podczas wydawanego przez siebie przyjęcia (Może jeszcze ciasta?, Ze mną się nie napijesz?!). Kiedy Polak zostaje zaproszony na kolację do zagranicznych przyjaciół, podświadomie spodziewa się podobnego traktowania i dziwi się (a może nawet czuje się dotknięty), jeśli to nie nastąpi. Z drugiej strony Anglik, Holender czy Francuz może uznać przejawy gościnności polskich gospodarzy za nazbyt natarczywe i naruszające jego autonomię.

Jak wynika z powyższych przykładów, zasady grzecznościowe nie są uniwersalne. To, co w jednych krajach uchodzi, w innych budzi zdziwienie lub bywa wręcz nie do przyjęcia. Ta pozornie oczywista prawda bywa niedoceniana. Tymczasem warto o niej pamiętać zarówno w kontaktach z przedstawicielami własnego narodu – i na przykład nie powielać wzorców obcych naszej etykiecie – jak i innych nacji – co może się wyrażać unikaniem zachowań, które u nas są naturalne, ale w kontaktach z cudzoziemcami mogą zostać źle odebrane.

Więcej informacji: Małgorzata Marcjanik, Grzeczność w komunikacji językowej, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2007, s. 22–34.

Kategoria: 

Okiem profesjonalisty

Jakie języki zyskują popularność wśród uczących się, a jakie tracą na znaczeniu; jak przedstawiciele poszczególnych narodów podchodzą do nauki języków obcych; jakimi umiejętnościami językowymi mogą się pochwalić polscy politycy; jakie metody nauczania języków mogą przynieść najlepsze efekty oraz czym grozi znajomość zbyt dużej liczby języków – odpowiedzi na te i inne pytania udziela Jolanta Urbanikowa, pełnomocnik rektora UW ds. organizacji nauczania języków obcych i realizacji procesu bolońskiego, w wywiadzie dla dziennika „Rzeczpospolita”. Zachęcamy do lektury!

Kategoria: 
Tagi: 

Miodzie, jestem domem!

Poniżej zamieszczamy zabawny dialog w mistrzowskim tłumaczeniu Stanisława Barańczaka…

Husband: Honey, I’m home! Mąż: Miodzie, jestem domem!

Wife: Is that you Tommy? Finally! What took you so long? Żona: Czyż jesteś to ty Tomy? Finalnie! Co cię wzięło takiego długiego?

Husband: Come, come, Jennifer, don’t get upset. Mąż: Przybądź, przybądź, Jenniferze, nie uzyskuj przewagi jednego seta w meczu tenisowym.

Wife: Why, you’ve certainly taken your time this time? Żona: Dlaczego, ty z pewnością zabrałeś swój czas tymczasem?

Husband: It’s a jungle out there, my dear. Traffic jams every freaking five minutes, pardon my French. How was your day, by the way? Mąż: To jest dżungla tam na zewnątrz, moja zwierzyno płowa. Dżemy sklepików tytoniowych każde zakręcone pięć minut, ułaskaw mojego Francuza. Jak był twój dzień na poboczu drogi?

Wife: Nothing out of the ordinary. Your mother called to complain that you don’t call her often enough. Your son broke another two front teeth playing ice hockey. The garbage people are on strike. I washed the kitchen floor and now my back is killing me. My allergies are a pain-in-the-neck as well. And this foul weather gives me a hell of a pleasant feeling to boot. Other than that, my life is a typical suburban housewife ran its everyday course smoothly today. In any case, dinner is served. Żona: Nic poza obrębem czegoś ordynarnego. Twoja matka wołała narzekać że ty ją wołasz nie często dosyć. Twój syn złamał jeszcze jedne dwa zęby frontowe grając na hokeju z lodu. Śmieciarze są na uderzeniu. Wyprałam kuchenne piętro i teraz mój tył zabija mnie. Moja alergia jest bólem-w-szyi jako studnia. I ta niesportowa pogoda daje mi piekło proszącego czucia do buta. Inne niż to, moje życie jako typowej podurbanistycznej domowej żony biegło swój każdodzienny kurs gładko dziś. W dowolnym futerale, obiad jest obsłużony.

Husband: Can you fix me a stiff drink first? Mąż: Możesz ty zreperować mi jakis sztywny napój, po pierwsze?

Wife: Out of question. The food is getting cold. Besides, why don’t you fix one for yourself? I have my hands full, tossing the salad. Żona: Na zewnątrz pytania. Żywność jest dostająca chłodu. Obok, dlaczego ty nie zreperujesz jednego dla siebie sam? Ja mam ręce pełne, podrzucając sałatę.

Husband: All right then. I’ll get myself a can of Bud from the icebox. What are we having tonight? Mąż: Wszystko na prawo wtedy. Dostanę sobie puszkę Pąku z lodopudła. Co jesteśmy mający tej nocy?

Wife: You didn’t expect anything fancy, did you? What we have tonight is ever-so-popular hamburgers and fries from Burger King. There’s nothing like the regular meat-and-potato kind of stuff. (Aside) I think I’m gonna throw up. Żona: Ty nie oczekiwałeś żadnej wymyślnej rzeczy, oczekiwałeś ty? Co my mamy dziś, to są zawsze-tak-popularni szynkowi mieszczanie i smażonki z Mieszczanina Króla. Tam jest nicość przypominająca regularny mięsno-kartoflany rodzaj substancji. (Leżąc na boku) Myślę, że jestem gonną w trakcie rzutu wzwyż.

Husband: Just what the doctor ordered. You know I’m basically your meat-and-potato kind of guy. Mąż: Sprawiedliwe jest to, za co doktor dostanie order. Ty wiesz, podstawowo ja jestem twój mięsno-kartoflany rodzaj faceta.

Wife: Let’s change the subject. Speaking of beer, don’t you think you drink too much? Żona: Pozwólmy nam zmienić poddanego. Mówiąc o piwie, ty nie myślisz ty pijesz za dużo?

Husband: Me? Are you kidding me, baby? Look, I never get drunk. I drink nothing but beer, and more often than not, light beer, like Bud Lite. Mąż: Mnie? Jesteś robiąca mnie w dziecko, niemowlaku? Patrz, ja nigdy nie dostaję pijaka. Ja nie piję nic, ale piwo, i – bardziej często niż nie – świecące piwo, jak “Światło Pąkowia”.

Wife: Well, I don’t know. Żona: Studnia, ja nie wiem.

Husband: O.K., a Martini or two now and then, but that’s social drinking. That doesn’t count. I wouldn’t touch hard liquor with a ten-foot pole, except on the rocks or with lots of soda. Mąż: O.K., jakiś Martini albo dwóch Martinich każde teraz i potem, ale to jest picie socjalne. Tego nie robi hrabia. Ja twardego likieru nie dotknąłbym Polakiem o dziesięciu stopach, z wyjątkiem na skałach albo z parcelami sody.

Wife: See? I rest my case. Żona: Biskupstwo? Wypoczywam mój przypadek gramatyczny.

Husband: Now what are you trying to tell me? That I’m a basket case? That I don’t have the guts to kick a habit? Mąż: W chwili obecnej, co jesteś próbująca mi powiedzieć? Że jestem wiklinową gablotką? Że nie mam jelit, aby dać kopa komuś w habicie?

Wife: Calm down. Don’t raise your voice. Let’s not let your drinking problem bother us now; instead, let’s sit down and have our dinner. Żona: Uspokój się na dole. Nie hoduj swojego głosu. Pozwólmy nam nie pozwolić twojemu problemowi napojowemu denerwować nas teraz; zamiast, pozwólmy nam siąść w dół i mieć nasz obiad.

Husband: Fine with me. So, the French fries! Boy, am I starved. Mąż: Wyrafinowani ze mną. Toteż, Francuz smaży! Jako chłopak, jestem ja wygłodzony.

Wife: Help yourself. Żona: Pomagaj swojej jaźni.

Husband: Pass the salt, will you? Mąż: Przeminie sól; ty też?

Wife: Here we go. Żona: W tym kierunku idziemy.

Husband: And ketchup. These two burgers look real great. Mąż: I doganiamy. Ci dwaj mieszczanie spoglądają prawdziwi, wielcy.

Wife: You may have mine. (Another aside – For some reason, I’m not particularly hungry at this point). Żona: Możesz mieć kopalnię. (Przewraca się na drugi bok – Dla jakiegoś rozumu, nie jestem ani cząsteczkowo głodna przy tym czubku).

Husband: You don’t know what you ‘re missing. Mąż: Nie wiesz, do czego chybiasz.

Wife: I’m missing the boat, that’s what I’m missing. Żona: Chybiam do łódki, to jest to, do czego chybiam.

Husband: What are you talking about? Mąż: Czym jesteś ty mówiąca o?

Wife: Years go by, and I move in a rut. This may be my last chance. There are still those things I’ve always dreamed of doing. Like, for instance, being a Florence Nightingale. A black singer. A Hillary Clinton, even. Enough is enough. Our relationship has never really worked, anyway. Another day like this, and I’m going to pieces. I’m nobody’s slave. I need more space. Żona: Lata jeżdżą obok, a ja wzruszam w bruździe. Tegoroczny maju, bądź moim ostatnim przypadkiem! Tam są nieruchome te rzeczy, ja zawsze marzyłam o robieniu których. Jak, dla instancji, bycie Florenckim Słowikiem. Czarną maszyną do szycia. Hilarym Clintonem, parzystym. Dosyć jest dosyć. Nasz statek do przewozu krewnych nigdy naprawdę nie pracował, dowolną drogą. Jeden inny dzień jak ten, i ja jestem idąca w kierunku kawałków. Ja jestem bezcielesną Słowianką. Ja potrzebuję więcej przestrzeni kosmicznej.

Husband: So, what are you going to do now? Mąż: Toteż, co ty jesteś idąca robić teraz?

Wife: Move back in with my Mom. Żona: Poruszać tylną częścią ciała we wspólnych występach z moją Mamą.

Źródło: http://lingua-magica.blogspot.com/2010/09/grunt-to-dobre-tumaczenie.html.

Kategoria: 
Tagi: 

Bezzwrotna pożyczka

Coach, team, implementacja, handout, afterparty… – osobom zatroskanym o stan polszczyzny na dźwięk takich słów używanych na co dzień przez Polaków więdną uszy. Wydaje się, że w ostatnich latach, po przemianie ustrojowej, liczba anglicyzmów w naszym języku zwiększa się w zastraszającym tempie. Choć z jednej strony puryści językowi biją na alarm, z drugiej trzeba przyznać, że słowa takie jak legginsy, laptop czy klikać, jakkolwiek obce, doskonale się w polszczyźnie przyswoiły i wydają się niezastąpione. Odnoszą się one do desygnatów, które były w naszej rzeczywistości zupełnymi nowościami i w związku z tym nie miały jeszcze swoich nazw. Żeby jakoś nazwać te desygnaty, najprościej było „zaimportować” już istniejące określenia zza granicy. Kolejnym krokiem było dostosowanie takich pożyczek do właściwości języka polskiego – uproszczenie wymowy, często także zapisu, oraz ustalenie wzorca odmiany. O ile takie zapożyczenia wypełniają jakąś lukę w języku – pozwalają na nazwanie tego, co nie miało swojej nazwy w polszczyźnie – można je zaakceptować.

Większym problemem wydają się zapożyczenia, które dublują, a często wypierają już istniejące słowa polskie. Wspomniana wyżej implementacja ma swój polski odpowiednik – wdrożenie. Podobnie jest z popularną ostatnio akcesją, która jest niczym innym jak przystąpieniem. Zamiast coacha kiedyś mieliśmy trenera (skądinąd też zapożyczenie, ale już dobrze ugruntowane w języku), a zamiast teamudrużynę. Takie niepotrzebne zapożyczenia są najczęściej negatywnie oceniane przez językoznawców, a ich nadużywanie sprawia wrażenie niepotrzebnego snobizmu. Zdarza się jednak, że zapożyczenie zaczyna funkcjonować równolegle ze swym polskim odpowiednikiem i obie formy nabierają różnych odcieni znaczeniowych. Tak dzieje się na przykład z coachem, który okazuje się szczególnym rodzajem trenera – psychologiem zajmującym się rozwojem zawodowym i osobistym menadżerów (znowu zapożyczenie!).

Najbardziej zdradliwe, bo mniej dostrzegalne, wydają się zapożyczenia znaczeniowe. Pojawiają się wówczas, gdy polskie słowo, dotychczas używane w pewnym konkretnym znaczeniu, nabiera dodatkowego znaczenia pod wpływem podobnego słowa z języka obcego. Klasycznym przykładem takiego procesu jest zmiana znaczenia czasownika korespondować, który pierwotnie oznaczał wymianę listów, korespondencji, a obecnie bywa używany także w znaczeniu ‘współgrać, odpowiadać’ (tak jak w przypadku angielskiego czasownika to correspond). Podobnie stało się ze słowem formuła, od dłuższego już czasu używanego zwłaszcza przez twórców reklam kosmetyków na określenie składu,choć do niedawna oznaczającego tylko ‘przepis, sformułowanie’ (np. w zestawieniu formuła przysięgi). Także słowo kondycja nabrało innego sensu, odkąd używa się go w kontekstach typu kondycja budynku, kondycja finansowa. Niegdyś odnosiło się ono tylko do sprawności fizycznej ludzi, a w zestawieniach przytoczonych w poprzednim zdaniu używano słowa stan. Choć takie nowe znaczenia często utrwalają się w języku, są negatywnie oceniane przez osoby zawodowo zajmujące się poprawnością językową. Najczęściej dzieje się bowiem tak, że nie wnoszą one szczególnej wartości do języka – nie nazywają czegoś, co wcześniej nie miało swojej nazwy, ale wręcz wypierają nazwy tradycyjne, funkcjonujące od lat.

Ogólna zasada rządząca oceną zapożyczeń to właśnie sprawdzenie, czy dane słowo lub zwrot są nam potrzebne. Jeśli mamy już rodzime określenia jakiegoś obiektu czy stanu, lepiej się go trzymać i nie stosować zagranicznych ekwiwalentów. Jeśli zaś zapożyczenie pozwala nam nazwać jakiś nowy element otaczającej nas rzeczywistości, można je uznać za przydatne. Jedno jest pewne: zapożyczenia używane w nadmiarze i ze snobistycznych pobudek nie tylko nie świadczą dobrze o mówiącym, ale wręcz utrudniają komunikację.

Kategoria: 
Tagi: 

Ślimak z kocim ogonem

Na wypadek, gdyby podczas któregoś z wakacyjnych wojaży nadarzyła się Państwu okazja wymienienia adresów e-mail z nowo poznanymi cudzoziemcami, zamieszczamy listę nazw znaku „@” w różnych językach. Jak widać, próby dosłownego przetłumaczenia naszego określenia „małpa” są zupełnie bezcelowe…

afrikaansaapstert – małpi ogon;
angielskiat;
chiński (dialekt mandaryński) – da yiba aa z długim ogonem;
czeskizavináč – rolmops;
duński, norweskigrisehale – świński ogon;
esperantoheliko – ślimak;
fińskikissanhäntä – ogon kota;
francuskiescargot – ślimak;
greckiπαπάκι [papáki] – kaczątko;
gruzińskikudiani aa z ogonem;
hiszpański, portugalskiarroba (od jednostki wagi i objętości oznaczanej tym znakiem);
japońskinaruto – wir, zawijas, spirala;
niemieckidas Affenohr – małpie ucho (jedno z określeń potocznych);
rosyjskiсобака [sobaka] – pies;
szwedzkielefantöra – ucho słonia; kattfot – kocia stopa;
tureckigül – róża;
węgierskikukac – robak, larwa; bejgli – strucla, rogalik;
włoskila chiocciola – ślimak.

Źródło: http://pl.wikipedia.org/wiki/@.

Kategoria: 
Tagi: 

Tłumaczeniem w płot

Co jakiś czas w mediach pojawiają się doniesienia o różnorakich nieporozumieniach wynikających z błędów w tłumaczeniach. Kilka pozornie niewinnych słów może wywołać skandal, sprawić, że ktoś znajdzie się w niezręcznej sytuacji, a nawet spowodować zamieszanie na giełdach. Takie nieporozumienia wynikają najczęściej ze zbytniej dosłowności tłumaczenia albo pojawienia się w nim któregoś z tak zwanych fałszywych przyjaciół (czyli słowa, które w różnych językach brzmi bardzo podobnie, ale ma zupełnie inne znaczenie).

Kilka tygodni temu na przykład jedno zdanie wypowiedziane po francusku przez premiera Francji François Fillona w rozmowie z premierem Kanady Stephenem Harperem wywołało konsternację inwestorów giełdowych i gwałtowny spadek kursu euro. Wszystko to dlatego, że słowa premiera „równowaga między euro a dolarem amerykańskim jest dobrą wiadomością dla rynków gospodarczych i finansowych” nabrały zupełnie innej wymowy po przełożeniu na angielski. Wskutek niewłaściwego przetłumaczenia „fałszywego przyjaciela” dla dziennikarzy piszących po angielsku stało się jasne, że premier Francji życzyłby sobie, aby za jedno euro płacono jednego dolara. Skutkiem było obniżenie kursu euro w stosunku do dolara do poziomu najniższego od czterech lat.

Inne nieporozumienie przydarzyło się niedawno w świecie sportu. W swoim wywiadzie dla pisma „Sport Bild” holenderski trener piłkarski Guus Hiddink użył następującego sformułowania, odnosząc się do jednego z niemieckich piłkarzy, Mesuta Özila „Özil ma zły paszport, bo powinien grać dla Turcji, ale niestety wybrał Niemcy”. W wyniku błędnego tłumaczenia hiszpańskie, a potem światowe media obiegła wieść, że Özil… sfałszował swój paszport.

Bywają też pomyłki większego kalibru. Jakiś czas temu w polskiej prasie pojawiły się niepokojące informacje, że w wyniku błędnego tłumaczenia unijnej dyrektywy w sprawie biopaliw Polacy będą musieli więcej płacić za benzynę. Miałoby to być skutkiem nakazu umieszczania na dyspozytorach informacji o zawartości biokomponentów w paliwie, czego koszty ponieśliby użytkownicy końcowi. Według firm paliwowych obowiązek podawania takich informacji może wynikać z niewłaściwego tłumaczenia unijnych przepisów, na których opiera się polska ustawa w tej sprawie.

To wszystko to jednak nic w porównaniu z rewelacjami, o których donosi amerykańskie pismo „Pediatrics” w artykule zatytułowanym „Accuracy of Computer-Generated, Spanish-Language Medicine Labels” (Poprawność komputerowych tłumaczeń hiszpańskojęzycznych ulotek dołączanych do leków)*. Okazuje się, że aptekarze za oceanem do tłumaczenia ulotek dołączanych do leków stosują… programy komputerowe. Można sobie wyobrazić, jakie są tego efekty. Może się na przykład zdarzyć, że mówiący po hiszpańsku pacjent, który będzie miał pecha trafić na tak przetłumaczoną ulotkę, zażyje swoje lekarstwo jedenaście razy dziennie zamiast raz dziennie (a to dlatego, że once oznacza po hiszpańsku jedenaście, a nie raz, tak jak w angielskim, czego zdają się nie dostrzegać wspomniane programy). Według autorek artykułu, doktor Iman Sharif i Julii Tse, z automatycznych translatorów korzysta bardzo wiele aptek (86%), a tylko nieliczne (3%) zatrudniają wykwalifikowanych tłumaczy. Przeprowadzony przez autorki test kilkunastu translatorów wykorzystywanych przez aptekarzy przyniósł niezbyt zachęcające rezultaty: po przetłumaczeniu siedemdziesięciu sześciu ulotek w trzydziestu dwóch z nich stwierdzono niekompletność informacji, a w sześciu – rażące błędy ortograficzne i gramatyczne.

Wnioski z tego krótkiego przeglądu ostatnich doniesień prasowych są cokolwiek niepokojące. Nasze dobre imię, pieniądze, zdrowie – wszystko to może zależeć od jakości tłumaczeń, z którymi mamy do czynienia.

Więcej informacji:
http://waluty.wp.pl/kat,50008,title,Zle-tlumaczenie-dobilo-kurs-euro,wid,12337073,wiadomosc.html
http://sport.wp.pl/kat,1025533,title,Afera-z-Ozilem-Burza-w-szklance-wody,wid,12427199,wiadomosc.html?ticaid=1a778
http://logistyka.pb.pl/2150102,51382,nowa-norma-nowe-koszty?ref=col2
http://pediatrics.aappublications.org/cgi/content/abstract/125/5/960

Kategoria: 
Tagi: 

Dwa nagie miecze

Podczas niedawnych obchodów sześćsetnej rocznicy bitwy pod Grunwaldem niewiele razy można było usłyszeć w mediach nazwisko człowieka, bez którego nasza pamięć o tamtych wydarzeniach z pewnością przybrałaby inny kształt. Warto więc wspomnieć rycerza, który zapisał się na kartach naszej historii jako znamienity wódz i dyplomata, a także… tłumacz.

Jan Mężyk z Dąbrowy urodził się w XIV wieku w rodzinie szlacheckiej herbu Wadwicze. Piastował wysokie stanowiska państwowe. Był łożniczym królewskim, podczaszym, cześnikiem nadwornym, a wreszcie sekretarzem królewskim; często także wyruszał za granicę z różnorakimi misjami dyplomatycznymi. Należał do najbliższego otoczenia króla Władysława Jagiełły. Podczas bitwy pod Grunwaldem 15 lipca 1410 roku nie tylko dowodził własną chorągwią, lecz także wszedł w skład osobistej ochrony króla.

Obok zdolności wojskowych i dyplomatycznych Mężyk miał jeszcze jeden talent. Jako człowiek bywały w świecie znał języki obce, w tym niemiecki, toteż często pełnił funkcję królewskiego tłumacza. To właśnie on przełożył na język polski pełne buty wystąpienie krzyżackich posłów, którzy przed bitwą pod Grunwaldem zaoferowali naszemu królowi dwa nagie miecze.

Scenę tę opisał w swoich kronikach Jan Długosz, a w jego ślady poszedł Henryk Sienkiewicz, w którego powieści zatytułowanej „Krzyżacy” także znalazła się wzmianka o translatorskim wyczynie Mężyka. W ekranizacji powieści w reżyserii Aleksandra Forda Krzyżacy mówią już po polsku, co można tłumaczyć chyba tylko tym, że scena ofiarowania mieczy, w której uczestniczyłby tłumacz, straciłaby na dynamiczności i sile wyrazu. Niemniej jednak Jan Mężyk z pewnością zasługuje na pamięć jako jeden z pierwszych tłumaczy, który dzięki swojej pracy wpłynął w jakiś sposób na bieg historii naszego kraju.

Kategoria: 

Strony