Język

O nieodzowności remamentu ;)

Znacie ten dowcip?

– Hej! Fama głosi, że używasz słów, których nie rozumiesz.
– To powiedz tej famie, że jest głupia, i vice versa!

Brzmi znajomo? Nie? A jednak bardzo wiele osób posługuje się słowami, których w ogóle nie rozumie, a co gorsza robi to bez mrugnięcia okiem, bez najmniejszego zastanowienia, i nawet nie czuje potrzeby sprawdzania znaczenia tych słów w słowniku.

Tak rzecz się ma na przykład z partykułą bynajmniej – albo *bynajmiej w pewnych kręgach… Słowo to żyje już własnym życiem i pojawia się w najbardziej nieoczekiwanych sytuacjach, najczęściej na potwierdzenie informacji zawartej w pytaniu:

– Jesteś zajęty, kotku?
– Bynajmniej.
– A, to szkoda. Chciałam cię zabrać do kina.

No i tak właśnie „kotek” pogrzebał nadzieje partnerki na romantyczny wypad do kina. Może nie powinien używać takich trudnych słów i po prostu powiedzieć: „Nie, wcale”? Bo właśnie takie znaczenie ma bynajmniej. Słowo bynajmniej nie trudne.

Nietrudne jest także określenie poncki Piłat w katolickim wyznaniu wiary, aczkolwiek ono też nastręcza wielu problemów: obce pochodzenie i to jeszcze słowo jakieś takie do niczego niepodobne. Chociaż nie! Przecież można łatwo wybrnąć z całej sytuacji. I niektórym się udaje wybrnąć, nawet całkiem zgrabnie, bo ogólne brzmienie zostaje zachowane, a że polski Piłat (sic!) nijak się ma do sensu całego credo, już niewielu osobom spędza sen z powiek.

Cóż, chyba w nowym roku trzeba przeprowadzić gruntowny remament (sic!) znajomości języka polskiego, i nie tylko polskiego. :)

Kategoria: 
Tagi: 

Krowio!

Ah, la vache!” – francuska eksklamacja zawierająca element zaskoczenia połączony z sugestią niedowierzania, podziwu, zdumienia, szoku lub rezygnacji, w zależności od kontekstu sytuacyjnego. Tym sposobem tytułowe sformułowanie umieszczone na początku każdej wypowiedzi może służyć wyrażeniu najrozmaitszych emocji, wcielając się na tę potrzebę w szereg polskich odpowiedników: „O ja cię! Ale masz długie wąsy!”, „No nie, nie mów, że nie zdałem”, „Kurczę, a tak chciałam obejrzeć ten film…”. Stąd niejednego zdziwi zapewne, iż dosłownym i bezpośrednim znaczeniem rzeczownika „la vache” jest „krowa”. A zatem: „O krowa! Ale masz długie wąsy!”, „No krowa, nie mów, że nie zdałem”, „Krowa, a tak chciałam obejrzeć ten film…”.

Podobnie rzecz ma się z przysłówkiem pochodzącym od „la vache”, tj. „vachement”, którego kontekstowym odpowiednikiem jest przysłówek „bardzo”, „cholernie”, „straszliwie”, „niesamowicie”. Czyli: „Krowio przystojny facet”, „Ten program jest krowio ciekawy”, „Krowio ładnie w tym wyglądasz”, „Ta sprawa jest dla mnie krowio ważna”… Śmiejemy się. A cóż mają rzec obcokrajowcy o naszej kurce wodnej czy kurczęciu bladym? Krowio interesujący temat…

Kategoria: 
Tagi: 

Nasza mała globalizacja

„Z krakowskiego języka znikają bardzo krakowskie słowa, na ich miejsce wprowadzają się te, którymi mówią do nas ogólnopolskie media” – jak się okazuje, wskutek coraz częstszych migracji ludności oraz dominacji języka ogólnego w mediach polszczyzna traci swoje zróżnicowanie regionalne. Na jaką skalę i czy należy z tym walczyć? Zachęcamy do lektury opublikowanego na stronie Gazety Wyborczej artykułu o zanikających małopolskich regionalizmach.

Kategoria: 
Tagi: 

Audyt czy audit?

Często zauważam rozterki osób zajmujących się zarządzaniem jakością i słyszę dyskusje dotyczące tego, czy należy stosować termin „audyt”, czy też „audit”, a co za tym idzie, „audytor” czy „auditor”. Czym się różnią te dwa terminy i który z nich jest właściwy?

Z punktu widzenia normy ISO kwestia ta nie ma większego znaczenia, często sam stosuję te dwa określenia zamiennie. Termin „audit” przyjęło się zwyczajowo stosować w odniesieniu do zagadnień jakościowych, „audyt” natomiast kojarzy się z finansami. W tym kontekście warto sobie przypomnieć, że łaciński źródłosłów terminu „audit” oznacza „słuchać”, a zatem „auditor” jest nikim innym jak tylko słuchaczem.

Moje zdanie jest następujące: „audit” jest terminem bardziej przyjaznym, ponieważ kojarzy się ze słuchaniem, co w pełni oddaje ducha tego działania. W swoim założeniu audit ma na celu wspomaganie organizacji w jej doskonaleniu, poprawie i dążeniu do doskonałości (w zarządzaniu, relacjach z klientem, minimalizowaniu liczby niezgodności czy błędów itd.); audit szuka zgodności, potwierdzenia dobrego działania organizacji (inaczej niż kontrola, w którą wpisane jest poszukiwanie błędów). Dobry auditor – czy to zewnętrzny, czy to wewnętrzny – potrafi słuchać auditowanego, wyciągać wnioski, formułować spostrzeżenia, które wspomogą poprawę realizacji zadań przez auditowanego, a tym samym przyczynią się do udoskonalenia organizacji. Stąd też coraz popularniejsze staje się następujące rozróżnienie:

Audit jakości – systematyczny, niezależny, udokumentowany proces pozyskiwania dowodu z auditu oraz jego obiektywnej oceny w celu określenia stopnia spełnienia kryteriów auditu.
Audyt – swojego rodzaju kontrola standardów obejmująca zarówno działania, jak i metodologię.

W praktyce szeroko rozumianego zarządzania jakością przyjęło się stosować termin „audit”; wielu auditorów uważa również, że termin ten jest właściwszy. „Audyt” kojarzy się z kolei z pewnym rodzajem kontroli. Termin ten stosowany jest w szczególności podczas działań w obszarze finansów (audyt finansowy) i nie odzwierciedla ducha podejścia jakościowego.

Na omawiany tutaj temat wypowiedzieli się również językoznawcy. Wszystkie słowniki języka polskiego podają jako właściwą wyłącznie formę „audyt”. Każdy polonista/językoznawca powie, że poprawną formą jest „audyt” z literą „y” w środku, która uległa zmianie z „i” wersji anglojęzycznej. Taka jest reguła językowa, a wiadomo, że z regułą trudno dyskutować.

Wypowiedź prof. Jerzego Bralczyka jednoznacznie ucina wszelkie dyskusje na ten temat. Stwierdził on, że w polskim tłumaczeniu normy ISO wystąpił błąd (norma podaje termin „audit”)… ale z kolei prof. Jan Miodek uznał, że oba określenia („audit” i „audyt”) są poprawne i oba znaczą to samo.

Jak więc widzimy, walka trwa. Myślę jednak, że nie ma większego znaczenia, czy będziemy stosowali termin „audit”, czy „audyt”. Najważniejsze jest to, aby podejmowane działania audi(y)towe przynosiły zamierzony efekt w postaci wartości dodanej dla organizacji, która je przechodzi. Za używanie jednej lub drugiej formy nikt nam głowy nie będzie urywał, życzę więc miłych i owocnych auditów/audytów zarówno po jednej, jak i drugiej stronie barykady.

Kategoria: 

Wielojęzyczność po polsku

Przy okazji trwającego właśnie spisu powszechnego w Polsce rozgorzały dyskusje nad pojęciem tożsamości narodowej. Jednym z zasadniczych czynników decydujących o poczuciu przynależności do jakiejś nacji jest niewątpliwie język, jakim posługuje się dana osoba. Warto więc zastanowić się, jakie możliwości wyboru ma pod tym względem mieszkaniec Polski.

Bez namysłu jesteśmy w stanie wymienić kilka języków czy odmian językowych używanych w obrębie granic naszego kraju. Poza typowymi językami mniejszości narodowych, takimi jak białoruski, czeski czy niemiecki, są to oczywiście język kaszubski, gwara podhalańska i dialekt śląski. Te odmienne określenia – gwara, dialekt i język – zostały tu przytoczone nie bez kozery – tylko kaszubszczyzna bowiem ma w Polsce status odrębnego języka regionalnego, pozostałe zaś są uważane za swego rodzaju odmiany polszczyzny ogólnej.

Jeśli chodzi o dialekt śląski, to jest obecnie przedmiotem sporów – zarówno językoznawcy, jak i zwykli obywatele dyskutują nad jego statusem, przy czym jedni widzą w nim właśnie samodzielny język, a inni – odmianę polszczyzny. Ci pierwsi opracowali nawet projekt ustawy nadającej językowi śląskiemu status języka regionalnego, która jest obecnie oceniana przez sejmową Komisję Mniejszości Narodowych i Etnicznych. Dla wielu Ślązaków dyskusje te mają wymiar nie tylko lingwistyczny, lecz przede wszystkim polityczny, ściśle powiązany z ich pragnieniem wyodrębnienia się jako autonomiczny naród. Za przynależnością „ślunskiej godki” do polszczyzny mogłoby przemawiać to, że charakteryzuje się ona znacznym powinowactwem do polskiego języka ogólnego (zarówno na poziomie leksyki, jak i fonetyki oraz fleksji). Z drugiej strony występują w niej także liczne naleciałości niemieckie, które niekiedy czynią ten język niezrozumiałym dla przeciętnego Polaka. Wyniki spisu powszechnego z 2002 roku pokazują, że językiem śląskim posługuje się w Polsce 65 tysięcy ludzi. Nie jest to może wielka grupa, lecz za to bardzo prężnie działająca i zaangażowana w walkę o zachowanie i promocję swojego języka, czego dowodem może być na przykład istniejąca od marca 2006 roku śląskojęzyczna wersja Wikipedii.

Swoją wersję Wikipedii mają też Kaszubi, a posługiwanie się językiem kaszubskim zadeklarowało w 2002 roku 52 tysiące respondentów. Kaszubski jest bliski standardowemu językowi polskiemu, kształtował się jednak także pod wpływem języka połabskiego, dolnoniemieckiego i staropruskiego, toteż może dla nas zabrzmieć zgoła obco. Status języka regionalnego sprawia, że kaszubski jest nauczany w szkołach, można z niego zdawać maturę, a na Uniwersytecie Gdańskim kształci się nauczycieli tego języka. Jest to także pełnoprawny język urzędowy.

Z kolei gwara podhalańska, choć nieusankcjonowana prawnie, jest chyba najbardziej znaną i lubianą odmianą polszczyzny (co zapewne wiąże się jeszcze z fascynacją, jaka towarzyszyła jej na przełomie XIX i XX wieku). Kto choć raz widział w telewizji górala przepowiadającego pogodę, ten na pierwszy rzut… ucha pozna akcent i zmiany w wymowie spółgłosek charakterystyczne dla tej gwary. Przy okazji zmian w wymowie warto wspomnieć o typowym zjawisku, jakim w gwarze podhalańskiej jest wymawianie głosek „ż”, „sz” i „cz” jako „z”, „s” i „c”. Jest to tak zwane mazurzenie i każdy, kto czasem stara się udawać góralską mowę, powinien pamiętać, że proces ten nie dotyczy głoski „rz”. Kto więc mazurzy na „rz”, ten nie zostanie uznany za prawdziwego górala, za to może raczej zostać posądzony o seplenienie.

Po krótkim omówieniu języków i gwar, o których każdy z nas zapewne choć raz słyszał, warto jeszcze wspomnieć także o języku, o którego istnieniu zapewne niewielu z nas ma pojęcie. Jest to mianowicie język wilamowski („wymysiöeryś”), który wziął swoją nazwę od położonej na północny wschód od Bielsko-Białej miejscowości Wilamowice, w której występuje. Jest to język należący do grupy języków germańskich, którym posługuje się obecnie zaledwie około 70 osób. Jego status jest nieustalony, prawdopodobnie należałoby go uznać za dialekt języka niemieckiego. Skąd pod Bielsko-Białą wziął się taki dialekt? Prawdopodobnie przywieźli go ze sobą osadnicy z Fryzji i Flandrii, który przybyli na te tereny w XIII wieku. Przez kilkaset lat językiem tym posługiwały się kolejne pokolenia przybyszów, którzy, nawiasem mówiąc, uważali się bardziej za Holendrów niż za Niemców. W 1945 roku władze komunistyczne zakazały wilamowiczanom posługiwania się ich językiem i choć kilka lat później zakaz ten został zniesiony, wilamowicki przegrywa nierówną walkę z polszczyzną. Na szczęście podejmuje się działania mające na celu zachowanie tej nietypowej pamiątki po dawnych osadnikach. Po wilamowsku pisze się piosenki, utworzono też stronę internetową w tym języku.

Ten krótki przegląd bardziej i mniej popularnych języków, gwar i dialektów występujących w naszym kraju nie wyczerpuje oczywiście całego ich bogactwa. Pozwala chyba jednak stwierdzić, że Polska jest państwem bardziej wielokulturowym, niżby się nam wydawało.

Kategoria: 

Najtrudniejsze języki świata

Czytelnikom, którzy zapoznali się z zamieszczonym tu niegdyś artykułem Obcy język polski i chcieliby przyjrzeć się kwestii (nie)trudności polszczyzny z nieco rozleglejszej perspektywy, serdecznie polecamy wpis Karola Cyprowskiego w blogu Świat języków obcych dotyczący najtrudniejszych języków świata. Być może nie taka polszczyzna straszna, jak ją malują?

Kategoria: 
Tagi: 

Rada na całe zło?

W zalewie anglicyzmów, niechlujnych i niezrozumiałych wypowiedzi, z którymi można się spotkać w mediach i internecie, oraz błędów językowych popełnianych nawet na najwyższych szczeblach władzy warto sobie przypomnieć, że istnieje w naszym kraju instytucja powołana do ochrony naszego języka i kontrolowania jego stanu – Rada Języka Polskiego. Powstała ona w 1996 roku jako Komitet przy Prezydium PAN, a od maja 2000 roku działa na mocy uchwalonej przez Sejm RP Ustawy o języku polskim z dnia 7 października 1999 roku. Jej zadaniem jest między innymi – jak zapisano w artykule 13 wspomnianej Ustawy o języku polskim – wyrażanie opinii o używaniu języka polskiego w działalności publicznej oraz ustalanie zasad ortografii i interpunkcji języka polskiego.

Rada współpracuje jako organ doradczy z licznymi instytucjami państwowymi – Sejmem i Senatem RP, Najwyższą Izbą Kontroli, Ministerstwem Spraw Wewnętrznych i Administracji, Ministerstwem Edukacji Narodowej i Sportu, Ministerstwem Kultury, Urzędem Ochrony Konkurencji i Konsumenta, Komisją Standaryzacji Nazw Geograficznych poza Granicami RP oraz Centralną Komisją Egzaminacyjną. Co dwa lata Rada przedstawia Sejmowi i Senatowi RP sprawozdania o stanie ochrony języka polskiego, w których ocenia z punktu widzenia dbałości o polszczyznę działalność różnych instytucji oraz mediów, treść aktów prawnych, a nawet teksty zamieszczane na opakowaniach towarów sprzedawanych w polskich sklepach. Ta ostatnia sprawa jest istotna ze względu na to, że zgodnie z Ustawą o języku polskim wszystkie produkty sprzedawane w naszym kraju powinny być opatrzone dokładnym, czytelnym i poprawnym opisem w języku polskim. Czy tak się dzieje? Jak wynika z jednego ze sprawozdań Rady, „Zdarza się rażące naruszanie […] przepisów [ustawy], są też wypadki całkowitego jej przestrzegania. Między tymi skrajnymi możliwościami mieści się wiele rozwiązań pośrednich: najczęściej polegają one na formalnym zadośćuczynieniu przepisom Ustawy, przy niepełnej realizacji tego, o co w niej istotnie chodzi; informacje o towarach podawane w języku polskim są często niepełne, słabo widoczne, a czasem błędnie sformułowane”. Od strony prawnej nad zapewnianiem zgodności z Ustawą o języku polskim czuwa Państwowa Inspekcja Handlowa, która prowadzi kontrole używania języka polskiego w obrocie prawnym, instruuje i ostrzega przedsiębiorców, a w przypadku długotrwałego naruszania ustawy – kieruje sprawę do kolegiów do spraw wykroczeń, które wymierzają kary lub nakazują wycofanie towarów niespełniających wymogów ustawy. Sama Rada Języka Polskiego nie ma możliwości wydawania nakazów ani nakładania kar, ponieważ jej działalność sprowadza się do opiniowaniai formułowania zaleceń.

W tym miejscu należy wspomnieć o dość niepokojącym zjawisku, które można zaobserwować w związku z działalnością Rady. Ponieważ nie dysponuje ona formalnymi środkami nacisku, nierzadko jej działania i zalecenia nie są dostrzegane, a czasem nawet bywają zwyczajnie ignorowane. Tak stało się w 2001 roku, kiedy to Rada rozesłała do polskich ministerstw krótką ankietę związaną z przestrzeganiem przez nie Ustawy o języku polskim. Co dziwne, na ankietę odpowiedziały tylko cztery z piętnastu ministerstw – organów odpowiedzialnych przecież zgodnie ze wspomnianą ustawą za ochronę języka polskiego! Nie lepiej było w tym roku, kiedy Rada zajęła się badaniem języka używanego w biznesie. Na jej prośbę o udostępnienie próbek tekstów tworzonych przez różne przedsiębiorstwa (takich jak uchwały zarządu, korespondencja wewnętrzna, oferty handlowe) odpowiedziała zaledwie jedna firma z pięciuset. Wniosek płynący z tego rodzaju postępowania jest mało optymistyczny i być może warto by się zastanowić, czy nie dałoby się stworzyć prawa nieco bardziej rygorystycznie piętnującego kaleczenie języka. Strach jednak pomyśleć, kogo najpierw wypadałoby poddać karze…

Na pocieszenie można powiedzieć, że są jednak firmy i instytucje liczące się z opiniami Rady, co przejawia się w zadawanych jej licznych pytaniach dotyczących na przykład poprawności nowo tworzonych nazw firmowych czy haseł reklamowych (wszystkie odpowiedzi Rada publikuje na swojej stronie internetowej). Jako ciekawostkę warto też przytoczyć informację, że Rada wyraża także opinie na temat nietypowych imion, które rodzice chcieliby nadać swoim nowo narodzonym potomkom. Na jej stronie internetowej znajdziemy więc wyjaśnienia, dlaczego lepiej nie nadawać dziecku imienia Wilk, Opieniek czy Boston

Kategoria: 
Tagi: 

Zawód kobiety

Od dłuższego czasu, nie tylko ze względu na działalność feministek, dostrzega się pewien istotny problem, z którym zmagają się użytkownicy języka polskiego – brak żeńskich form nazw zawodów. Rzeczywistość wokół nas się zmienia i kobiety coraz częściej zajmują stanowiska dotychczas zarezerwowane tylko dla mężczyzn, co stwarza konieczność znalezienia słów, którymi można by je określić. O ile bowiem nie mamy kłopotu z od dawna zadomowioną w polszczyźnie lekarką, nauczycielką czy sekretarką, o tyle gdy trzeba jakoś określić kobietę strażaka, prezydenta czy chirurga, zaczyna się nam plątać język. Jakich form użyć? Strażaczka, prezydentka czy chirurgini (bo chyba nie chirurżka?…) brzmią co najmniej dziwnie…

To „dziwne brzmienie” wynika przede wszystkim z tego, że słowa te są nadal dość rzadko (jeśli w ogóle) używane, więc Polacy nie zdążyli się jeszcze z nimi oswoić, „osłuchać”. Im częściej jednak używa się jakiegoś nowego słowa, tym większe szanse na jego zaadaptowanie się w polszczyźnie na stałe. Najlepszym przykładem jest tu posłanka – słowo, które do niedawna nie istniało (a przy tym zostało utworzone w nietypowy sposób), ale upowszechniło się ze względu na duże zapotrzebowanie na określenie kobiety parlamentarzystki, a także dzięki niemałemu wkładowi mediów. Niewykluczone więc, że niebawem bez obiekcji zaczniemy używać także pozostałych żeńskich form nazw zawodów i stanowisk.

Wydaje się, że właśnie na to liczą feministki, które od dłuższego czasu konsekwentnie propagują takie nazwy. To przede wszystkim one stosują w swoich wypowiedziach określenia takie jak ministra, psycholożka, prezeska, a nawet naukowczyni. Słowa te mają jednak tylu przeciwników, ilu zwolenników. Jedni uważają je za potrzebne i „poprawne politycznie”, inni piętnują je jako sztuczne, źle brzmiące, a nawet deprecjonujące. Ten ostatni argument bierze się z tego, że słowa typu dyrektorka, doktorka i profesorka (a więc utworzone przez dodanie końcówki -ka do formy męskiej) rzeczywiście są nacechowane nieco lekceważąco i żadna pani dyrektor, doktor czy profesor raczej tak o sobie nie powie. Do problemu dziwnego, bo nietypowego brzmienia tego rodzaju określeń dochodzi więc problem mniejszego prestiżu, który one za sobą niosą. W ocenie większości użytkowników języka formy typu pani prezes czy pani sekretarz towarzystwa naukowego są o wiele bardziej nobilitujące. Warto nadmienić, że w przypadku tego ostatniego określenia mamy co prawda słowo sekretarka, ale stosuje się je jedynie w odniesieniu do funkcji mniej prestiżowej.

Jak więc radzić sobie z oporem materii językowej? Można starać się ominąć problem, używając konstrukcji omownych (a więc niestety długich i niewygodnych) w rodzaju kobieta strażak czy profesor, który jest kobietą. Można iść za głosem feministek i uparcie, nie bacząc na nacechowanie, trzymać się propagowanych przez nie wyrazów z nadzieją, że kiedyś przestaną one budzić kontrowersje. I można też… organizować plebiscyty. Ten ostatni sposób wybrali przedstawiciele Miejskiego Przedsiębiorstwa Komunikacyjnego z Poznania, którzy zaprosili mieszkańców miasta do wspólnego wymyślenia słowa, którym można by określić kobietę kierowcę. Zwycięzcą, a raczej zwyciężczynią konkursu została kierowczyni. Pozostaje tylko czekać, aż ten na razie dość podejrzanie brzmiący wyraz przyjmie się wśród użytkowników języka…

Nie ulega wątpliwości, że zapotrzebowanie na określenia nazw stanowisk i zawodów kobiet istnieje i zwiększa się w miarę jak panie podbijają kolejne obszary dotychczas męskiej działalności. Można oczekiwać, że za kilka, kilkanaście lat problem sam się rozwiąże i pojawią się słowa powszechnie używane i niebudzące wątpliwości. Na razie jednak tkwimy na etapie przejściowym. Język żywo reaguje na zmiany rzeczywistości pozajęzykowej, jednak zmienia się powoli.

Więcej informacji:
http://www.wiadomosci24.pl/artykul/przyszla_strazaczka_do_doktorki_feminizacja_jezyka_po_polsku_16803.html
http://www.polityka.pl/spoleczenstwo/artykuly/299523,1,feminizm-w-jezyku-polskim.read

Kategoria: 
Tagi: 

Jak się dogadać na współczesnej wieży Babel?

„Padamy ofiarą szkolnego podejścia do nauki języka obcego, które obsesyjnie koncentruje się na naszych błędach. Dlatego zamiast się cieszyć, że umiemy się dogadać, myślimy o tym, jak kulawo nam to idzie. I wciąż zaczynamy naukę od początku. Zwykle szybko rezygnujemy i nigdy nie wychodzimy poza podstawy. A nowoczesne podejście do nauki języków głosi: ucz się tylko tyle, ile ci potrzeba. Nie musisz być dwujęzyczny – lepsza jest różnojęzyczność”, twierdzi metodyk języka angielskiego doktor Grzegorz Śpiewak w wywiadzie z Olgą Woźniak, opublikowanym na stronach tygodnika „Przekrój”. Zachęcamy do lektury całości rozmowy i – być może – zmiany podejścia do nauki języków.

Kategoria: 

Swoje ganicie, cudzego nie znacie

Jak się okazuje, karkołomne tłumaczenia tytułów filmów nie są wyłącznie polską domeną. Poniżej przedstawiamy wybrane przykłady wpadek zagranicznych dystrybutorów – oryginalny tytuł filmu oraz dosłowne anglojęzyczne tłumaczenie tytułu, pod jakim wyświetlano go w niektórych krajach.

Army of Darkness – Captain Supermarket (Japonia)
Dodgeball – Full of the Nuts (Niemcy)
Knocked Up – Slightly Pregnant (Peru)
Annie Hall – The Urban Neurotic (Niemcy)
Thelma & Louise – An Unexpected End (Meksyk)
Die Hard With a Vengeance – Die Hard: Mega Hard (Dania)
Eternal Sunshine of the Spotless Mind – If You Leave Me, I Delete You (Włochy)
The Naked Gun – The Gun Died Laughing (Izrael)
Boogie Nights – His Great Device Makes Him Famous (Chiny)
Lost in Translation – Meetings and Failures in Meetings (Portugalia)
Grease – Vaseline (Argentyna)

Kategoria: 
Tagi: 

Strony